28 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.3 - sobota)

Jeszcze jakieś półtora roku temu Kaśka nie miała zbyt dobrego zdania na temat freak fightów. Mówiła wtedy nieraz, że:
- Nie ma równowagi. Za dużo tu widowiska, za mało sportu.
Dopiero gdy pojawił się niejaki Mirek Orski i zaproponował jej udział w takim widowisku sytuacja zaczęła się nieco zmieniać. Pamiętamy tą walkę, nie pora jednak teraz na jej przewijanie. Ważne jest to, że ów Orski nawiązał potem współpracę biznesową z Kaśką. Dokładniej zaś federacja Fight Show z klubem Oktagon. To dotyczyło różnych rzeczy, na przykład szkoleń zawodników, czy tez wynajmu sal do treningów. Przy okazji też zaistniało nieco relacji stricte prywatnych. Choćby nieistniejąca już para Mirek plus szefowa techniczna klubu, czyli znana nam Mala aka Turbina. Zaś Kaśka zaczęła dowiadywać się więcej na temat samej idei freak fight, tudzież różnych jej realizacyj. Co prawda nie zmieniła stanowiska całkowicie, ale mocno je zmodyfikowała.
Tu zróbmy przerwę na takie śródsłowie, aby wyjaśnić czytającym, o co w tym wszystkim chodzi. Jak wiemy, sporty walki nie są żadną przemocą, nie są realną walką, tylko umowną grą, podlegającą pewnym regułom. Odmian tych reguł jest stosunkowo sporo, mamy na przykład boks, zapasy, kick boxing, różne zresztą wersje, sumo, judo, czy też olimpijskie taekwondo. Są one przyjęte wśród jakiejś większej grupy ludzi, jednolite, zaś koordynują to wszystko różne federacje, czy też związki sportowe. Freak fight działa nieco inaczej. Każda walka przebiega według reguł ustalonych osobno, indywidualnie. Czasem są one takie same, jak te wspomniane już wcześniej, ale czasem też bywają jakoś tam zmodyfikowane. Te modyfikacje bywają dość różne, nieraz też przekraczają pewne granice, co dla wielu osób, zależnie od ich pojmowania sportu, może być nie do przyjęcia. Przykładem może byś starcie wielkiej baby z małym chłopem lub spotkanie trzech na jednego. Takie właśnie sytuacje miała na myśli Kaśka. Zacytujmy inną jej wypowiedź:
- To nie jest już żaden boks, tylko zabawa w pokaż cycki.
Tak więc podczas różnych dyskusji z Mirkiem Kaśka poznawała coraz lepiej ten temat, ale przy okazji miała też pewien wpływ na niego samego, na jego pracę. Po jakimś więc czasie okazało się, że galom walk organizowanym przez jego federację coraz bliżej jest do sportu, za to gale innych firm sterowały w kierunku jarmarcznego widowiska. Zaś konsekwencją tego była polaryzacja wśród widowni. Na gale Fight Show chodzili głównie fani walk na poziomie, ciekawych od sportowej strony, znający się jakoś na rzeczy, zaś na pozostałe gawiedź żądna widoku spadających gaci lub krwi cieknącej po kafelkach. Różnica analogiczna do sytuacji metal versus disco polo lub marihuana versus narkotyki.
Tak więc Kaśka rozważając z Bombką Yakuzą różne opcje była już pewna, że walka jej pupilki na gali Fight Show to tak samo dobry pomysł, jak walka na gali regularnego boksu, ka-jeden, czy ememej. Pozostało więc już tylko omówić warunki, reguły gry.
I wtedy nagle, niczym takie straszydełko z pudełka wyskoczył wspomniany już Mirek Orski zapraszając Kaśkę i Zośkę do kafejki niedaleko klubu, gdzie serwowano lepszą kawę, niż w klubowym barku. Zaczął z kopyta:
- Co powiecie moje panie na partyjkę boksu birmańskiego?
Wyjaśniamy, że boks birmański co do reguł gry jest jak tajski, tylko że wolno walić głową. Inne sprawy są już do uzgodnienia. Co innego Mirek mógł zaproponować takiej żylecie, jak Zośka Yakuza? Może olimpijskie taekowondo? Bardzo fajny, godny szacunku sport, ale dla niej to jest tylko macanie się po cipkach. Bombka aż podskoczyła na pupie.
- Mnie się to podoba. Ale Kasia rządzi.
Nieprawda. W takich kwestiach to zawodniczka jest szefem, ona ma ostatnie słowo. Ale w praktyce bywa inaczej. Zwykle bowiem przeważa autorytet trenera, czy też trenerki. Zaś gdy jest nią Kaśka, to w ogóle nie ma debaty. Mimo, że jest skromną, nie puszącą się osobą, to jej charyzma w tych sprawach jest nie do podważenia. Ale ona akurat nie polemizowała.
- Wchodzimy w to.
Tak się składa, że ostatnio obejrzała sobie kilka walk tej nowinki na rynku i wyszło jej, że jest mniej urazogenna, niż tajski boks. Pomijając garstkę świrów to ludzie wcale się nie kwapią do zbyt bliskiego kontaktu. Mniej jest zwarć, klinczów, czyli okazji do technicznych nokautów. Więcej walki na dystans, więc dla znawcy jest to ciekawsze widowisko.
- Masz już jakieś propozycje personalne?
Mirek bez słowa odbezpieczył telefon i podsunął jej pod nos.
- Nooo... Daj się chwilę przyjrzeć.
Zaś po chwili:
- Niezła jest. Ulicznica, tak jak my. Zocha, dasz radę?
Mówiąc to podała Bombce telefon.
- Ja słoniowi i orce dam radę, więc...
- Dobra, nie szalej dzidzia, nie szalej. Mireczku, masz tego więcej?
- Jej walk?
- Nie. Filmów jak szydełkuje, je zupę i robi loda. Idiota.
- No, jest tego trochę.
- To przerzuć mi to. My to sobie obejrzymy i jutro ci powiemy.
- Ale to nie wszystko. Co powiecie na rzymską klatkę?
To jest kolejna nowinka na rynku sportów walki. Pole gry jest ograniczone do obszaru trzy metry na trzy metry. Kaśka zabrała Zosi telefon, spojrzała jeszcze raz.
- Ni chuja. Nie tym razem.
Bombka zaprotestowała:
- Kasiu, ale dlaczego? Ja sobie poradzę.
- Nie poradzisz sobie. Już widzę po ruchach, że dziewczyna ma bazę wing tsun. Ty tego nigdy nie ćwiczyłaś. W takiej klatce to ona cię wyrucha na wszystkie sposoby, a ty tego nawet nie zauważysz. Ja cię w miesiąc nie przygotuję do takiej walki, nie ma takiej opcji.
Tu nagle wtrącił się Mirek:
- Co to jest wing tsun?
- To jest odmiana chińskiego wushu. Kiedyś ją wynalazła kobieta do potrzeb walk w ciasnych uliczkach miasta. Ja tego trochę uczę panienki na kursach samoobrony przed gwałtem. To działa, ale miesiąc to zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć same podstawy. Ja nie przestawię teraz Zosi całego rozkładu jazdy do góry kołami tak z dnia na dzień. Czyli rzymska klatka tak, ale nie tym razem.
- Więc jutro się zdzwaniamy?
- Dokładnie, a potem ogarniaj spotkanie menadżerskie. Zresztą co mnie to obchodzi? To twoja działka, ja się nie muszę na tym znać. Ta kawa faktycznie jest lepsza, niż u nas w klubie. Kogo ja tam zatrudniam w barze? Muszę to przemyśleć.
Do spotkania doszło, omówiono wszystkie kwestie, także finansowe, ale nas interesuje aspekt sportowy. Ustalono boks birmański, ale po europejsku, czyli trzy rundy po trzy minuty, oraz na okoliczność remisu dogrywka do pierwszej gleby. Tylko tu trzeba jeszcze pamiętać o jednej rzeczy. Każda formuła sportów walki to także kwestia sędziowania. Te sporty nie są tak do końca wymierne. Kiedyś próbowano ściśle, odcinając aspekt intuicyjny wymierzyć boks olimpijski, zwany amatorskim i wyszła lipa. Ale to już jest na osobną dyskusję, uznajmy na razie, że federacja Fight Show jakoś ogarnęła ten temat.
Teraz więc jesteśmy w hali, gdzie się dzieje gala łomotu. Zanim jednak dojdzie do przedostaniej walki, tej, co nas interesuje, zajrzyjmy na vipowską lożę. Ciasno tam, bo zleciały się wszystkie wiedźmy, psiapsie Kaśki plus ich dwa gamonie oraz jedna dziewczyna. Dotarła więc rzecz jasna Mala, co prawda sama, ale po zdanych na uczelni egzaminach. Na szóstki zresztą zdanych, bo ona tak akurat ma, że tylko tak zdaje. Zaś na samym brzegu siedział Adaśko, jak wiemy Kaśki chłop, czy raczej mega chłop. Nagle się zrobił zgiełk, bo pojawiły się trzy Neonówki, zaś pracownik ochrony nie chciał ich wpuścić na tą lożę. Nie na chama nie chciał, był nawet dość asertywny.
- Sorry dziewczyny, ale tam już nie ma miejsca.
Obserwował to Adaśko, a Bęcka podchwyciła jego spojrzenie. 
- Daśku, zrób coś. Proszę.
Dasiek nie kazał się wiele prosić. Znał już te dziewczyny, uczennice Kaśki. Ale niewiele zrobił. Po prostu wziął i wstał. Wstał i spojrzał, bardzo zresztą łagodnie, przyjaźnie i życzliwie na ochroniarza, któremu nagle odechciało się pracować pod presją tego spojrzenia. Bo jak wiemy, facet Kaśki to jest naprawdę wielki mężczyzna. Niemniej jednak pozostały pewne kwestie techniczne do ogarnięcia. Jednak problem, jak większość problemów tego świata okazał się być fikcyjny. Adaśko rozsadził dziewczyny na kolanach Borka i Miśka, dla siebie zostawiając, tak gwoli sprawiedliwości wizualnie najcięższą Bęckę. Po czym otrzymał od niej buziola wszechczasów. Na ten widok odezwała się Mariolka:
- To słaby pomysł. Jak Kaśka się dowie...
Wtedy zareagowała Malina:
- Nie obrażaj Kaśki. Taki buziak się nie liczy. Za to ja mam inną uwagę. Do bratowej. Nitka! Słyszysz mnie? 
Anita, do której zwróciła się Malina zareagowała:
- Mniej więcej. A co chcesz?
- Bo może Borek ciebie powinien wziąć na kolana?
- Mnie tu wygodnie, a ja się robię trochę już za ciężka.
W tym momencie uruchomiła się Roxy:
- Lalka, ja wiem, że ty bierzesz kokę tylko raz na miesiąc, więc to nie jest jeszcze nałóg, ale może spróbuj robić to rzadziej.
- Bo niby co?
- Wiadro! Bo robisz dokładnie ten sam problem z niczego, co Miola przed chwilą. A ty Misiek pocałuj czule swoją damę w karczek. Jak się zgodzi. Młoda, zgadzasz się? Rozważ to, bo to mój chłop. Ale ja za to nie jestem zazdrosna, więc mu krzywdy za to nie zrobię.
- Cicho siostry, sznurujcie piczki! Nasze idą.
To już odezwała się Mala, obserwująca sytuację na boisku.
Sytuacja zaś zaistniała taka, że po wstępnych rytuałach do oktagonu wkroczyła Zośka Yakuza aka Bombka oraz Piorunella. Bo taką ksywę sceniczną obrała sobie jej przeciwniczka. Zośka od razu zabrała się do roboty, bez pierdolenia się w tańcu. Prostą jak budowa kija kombinacją, sztampową wręcz, świeżacką. Prawy low kick, lewy okrężny na głowę, potem doskok i grad ciosów góra dół. Co jakiś czas zmiana stron, prawe na lewe. Zero zwarć, zero kliczów, czy innych przepychanek. Trudno powiedzieć, czy to Bombka miała dobry dzień, czy Piorunka zły. Tak, czy owak po pierwszej rundzie Kaśka oświadczyła Zosi:
- Jest dobrze. Rób dalej to samo, nic nie udziwniaj. Jej dupa jest twoja, masz ją jak kaczkę na ruszcie. Utyka już na lewą nogę. Napierdalaj tam dalej. Kopnięcie na górę tylko symuluj, tam się nie przedrzesz. Za to potem wal jak do tej pory. Na zmianę, góra dół. Na japę i po żebrach, pod cycki, ile fabryka dała.
Co najważniejsze, to Bombka nie zaliczyła ani jednego ciosu na swoją śliczą buzię. Jednak nie do końca realizowała zalecenia trenerki. Miała nieco inny, swój prywatny plan na drugą rundę. Problemem większości fighterek i fighterów jest to, że ta druga strona złośliwie przeszkadza im realizować plan walki. Ale Piorunella była już nieźle rozebrana. Aczkolwiek wciąż duchem jakoś tam mocna, wciąż też stojąca nogach. Yakuza za bardzo nie kwapiła się, aby to zmieniać. Tańczyła jedynie bawiąc się bezradnością swojej przeciwniczki. Cios, kopniak, cios, kopniak. Do kompletu brakowało tylko ściągnięcia jej spodenek. Dla widza, niezależnie od jego poziomu ogarnięcia tematu wyglądało to dość ciekawie, ale Kaśka nie była tym wszystkim zachwycona. Po drugiej rundzie wyraziła to tak: 
- Dzidzia, to już jest sadyzm. Znęcasz się, bijesz bezbronne mięso. Ten jej sekundant to jest chuj obgęgany, powinien ją już poddać. Zrób coś dla mnie. Kończ ją i wstydu kurwa oszczędź. Bo jak cię ona nagle trafi rozpaczliwcem, to... To ja już nie wiem.
Miała rację. Rozpaczliwiec to taka akcja, która potrafi zmienić wszystko, wręcz przenicować i przywołać do porządku niejednych, za bardzo zadufanych w swoją przewagę. Tylko że wtedy już jest za późno. Jest tylko cucone.
- Dobrze mamuśka, będę już grzeczna cipka.
Bombka wstała z zydelka i ucałowała usta swojej mentorki ze zdecydowanym języczkiem, czulej, niż jakichś tam różnych swoich gamoni. Po czym weszła na boisko. Gdy tylko zawodniczki stuknęły się rękawicami, to wykonała jeden szybki krok i rozgarniając gardę Piorunelli uderzyła ją głową. Szybko, konkretnie, skutecznie, ulicznie tak. Ulicznie, ale nie byle jak, nie po chuligańsku, tylko profesjonalnie. Sędzia nie liczył do końca. Od razu machnął na lekarza. Cucone było na pewno konieczne.
Zasadniczo to jest koniec tej całej opowiastki.
Ale... Są jeszcze pewne wątki poboczne.
Zajrzyjmy do szatni, już po walce. Otóż stało się tak, że w tej szatni Bombka rzuciła swoje ciało w objęcia Kaśki. Rozpłakała się przy tym orgazmicznie przeplatając to triumfalnym śmiechem. Nagle ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na pozwolenie zajrzał do środka głową Mirka. Ale Kaśka zareagowała nieasertywnie:
- Gdzie?! Wypierdalaj! Nie teraz!
Za plecami Orskiego do szatni wśliznęła się Mala. Na nią Kaśka nie zareagowała. Więc Turbinka usiadła obok Zosi, przytulila ją do siebie, po czym zaczęła ją czule i starannie lizać po buzi. Akurat Kaśka dobrze znała ten styl. Mala zawsze tak okazywała swoje pozytywne nastawienie do swoich psiapsiółek, robiła to bez skrępowania. Na przykład podczas spotkań w Pleciudze. Więc Kaśka poszła do toalety pod drodze zamykając drzwi szatni na zasuwkę od wewnątrz, aby żadne Mirki, czy inne muchomorki już nie zaglądały do środka. Ale gdy wróciła, zastała scenkę, której się nie spodziewała. Otóż Zosia była już bez tiszerta, zaś Mala zdejmowała z niej ochraniacz na piersi. Gdy już to zrobiła przystąpiła do starannego lizania sterczących triumfalnie sutków wojowniczki, która kilka minut wcześniej właśnie wygrała walkę. Co prawda Kaśkę trudno jest zaskoczyć takim, czy innym ludzkim zachowaniem, ale tym razem...
- Wiem, że się polubiłyście, ale że aż tak?
Mala powoli, bez pośpiechu przeszła do kolejnych zabiegów. Całując Yakuzę po brzuchu zajęła ręce jej spodenkami oraz ochraniaczem na krocze, zwanym też czule napizdnikiem. Kaśka obserwując tą sytuację zdejmowała z siebie poszczególnie części swojej garderoby mówiąc:
- Dobrze dziewczyny, róbcie swoje, ja idę pod prysznic.
Ale gdy pozbywała się majtek coś ją nagle uderzyło.
- Ej, Mala! Zośka! Czemu tak dziwnie na mnie patrzycie?
Zapadła chwila ciszy, podczas której Mala redukowała swoją garderobę. Zaś gdy zdjęła już wszystko obie dziewczyny zamrugały do siebie powiekami i spojrzały na Kaśkę bardzo wymownie, wręcz pożądliwie. Zagaiła Bombka:
- No,  co jest z tobą Kasiu? Chodź do nas.
- Nie jestem pewna, czy powinnam, ale...
Mala uśmiechnęła do niej uroczo mówiąc:
- Zrób sobie przerwę, zapomnij na chwilę o naszych oficjalnych, formalnych relacjach. Przejdź z trybu służbowego na prywatny.
- Dobrze, ale i tak najpierw się wykąpmy. Higiena to podstawa.
C.D. NIE N.
Nie wykluczony jest jednak pewien suplement, bo nie wszystko zostało opowiedziane. To jest do ogarnięcia. Wystarczy tylko miło się zachować, czyli po prostu bardzo, bardzo ładnie poprosić.

22 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.2 - piątek)

SUPLEMENT DO POPRZEDNIEGO ODCINKA
Gdy Kaśka wróciła do stolika oznajmiła:
- Reguły boksu tajskiego, czy innego rodzaju kick boxingu niczym się nie różnią od reguł klasycznego boksu, tyle tylko, że wolno nieco więcej. Coś jeszcze?
Zapadła cisza, którą w końcu przerwała Roxy:
- No, to teraz już wszystko wiemy.
Zaś Malina zarechotała tak, że aż filiżanki podskoczyły na stoliku.
Bójka, Bitka i Bęcka. Oraz rzecz jasna Bombka, czyli Zosia Yakuza, liderka dziewczyńskiego gangu Neonówek. Choć nikt nie wie, kto nadał całej czwórce takie właśnie zbiorcze miano, to jednak te indywidualne ksywki były na pewno autorstwa Stryja, który pewnego dnia podczas gospodarskiego obchodu klubu zajrzał na salę, gdzie projekt marketingowy Kaśki odbywał swój trening. Nowe imiona szybko się przyjęły, zaś team zrobił się znany, nie tylko zresztą w samym klubie, nie znane były jeszcze tylko plany odnośnie przyszłych karier omawianych dziewczyn. Te były dopiero na poziomie mniej lub bardziej wyraźnych szkiców. Wiadomo było tylko, że Kaśka, znana jako bardzo zajęta osoba, stała się jeszcze bardziej zajęta od czasu, gdy do innych swoich, wcześniejszych obowiązków dorzuciła sobie prowadzenie owej grupy. Na tyle zajęta, że zaczęła szukać osoby menadżerującej, kogoś, kto na poziomie wykonawczym zajmie się kwestią występów dziewczyn na matach różnych ringów, czy klatek.
- Najlepszy byłby Mirek Orski.
Takie miała zdanie Mala, której Kaśka zwierzyła się ze swojego kłopotu. Niestety były facet Turbinki miał niezłą pracę w federacji freak fightów, za niezłe pieniądze zresztą, zaś projekt Kaśki na razie nie zapowiadał nadmiaru takowych. Więc ewentualna nowa posada nie jawiłaby mu się jako zbyt atrakcyjna. Tak więc chwilowo Kaśka musiała wszystko robić sama. Była sponsorką jako współwłaścicielka Oktagonu, trenerką - instruktorką, oraz właśnie menadżerką. Sama więc ogarnęła swoim Neonówkom walki, które właśnie mają się odbyć.
Tego dnia na ringu miały wystąpić trzy. Czwarta, Bombka Yakuza miała nakazane siedzieć w domu i się relaksować. Kaśka, znając charakterek swojej pupilki, na wszelki wypadek użyła nieco magii, zaaplikowała jej sugestrix, żeby dziewczyna, która rwała się do kibicowania koleżankom odpuściła sobie ten pomysł i skupiła się na sobie. Co prawda Zośka nie była gapa, bo wcześniej umówiła sobie kogoś, kto siedząc na widowni będzie przysyłać jej nagrywki kluczowych walk. Ale pod wpływem czarów zapomniała tego dnia, że ma w ogóle telefon.
I teraz tak:
Piątkowe wydarzenie nie polegało bynajmniej tylko na tym, że trzy zakapiorzyce po wodzą Pięknej pojechały sobie, na przykład tramwajem na drugi koniec miasta spuścić jakimś tam innym panienkom regulaminowo określony łomot. To by było za proste. Spod gmachu klubu Oktagon wyruszyła cała ekipa. Klubowy, zielony van wypełniała Kaśka oraz jej dupeczki plus cutman, bardzo ważna zresztą postać, plus drugi trener do asysty, figurujący na liście płac klubu, który wie co robić, jakby co. Bardzo zresztą kompetentny, bo innych Stryjo nie zatrudnia. Nie wnikajmy zresztą, to nie jest istotne. Zaś drugi pojazd, wynajęty przez Malę na okres jednych i drugich zawodów prowadził Jacuś, szef przyklubowego sklepu z suplami. Wraz z jedną z sióstr Cycatek miał na głowie stoisko promocyjne klubu. My jednak skupmy się na stronie sportowej całej tej wyprawy. Ale zanim przejdziemy do dalszej relacji, to należy nadmienić, iż zaplecze socjalne turnieju było dosyć marne. Na szczęście jednak obok hali mieszkała jedna z pracownic Oktagonu, która chętnie udzieliła gościny. Dziewczyny między walkami miały gdzie spędzić czas, odpocząć, ogarnąć się jakoś. To była naprawdę cenna sprawa.
Piątkowe zawodniczki, jak też sobotni zawodnicy walczyli w kilku kategoriach wagowych. Akurat Neonówki na tyle się różniły między sobą, że nie miały miejsca siostrobójcze spotkania, każda miała szansę na wygraną. Opiszemy wydarzenia bynajmniej nie chronologicznie, tylko właśnie wagowo. Otóż w każdej wadze startowało po osiem pań, czyli aby wygrać trzeba było stoczyć trzy zwycięskie walki. Każda liczyła trzy rundy po trzy minuty. Najlżejsza Bójka nie walczyła jednak dłużej, niż razem dwie, czy trzy minuty. Wszystkie mecze były do jednej bramki, gdyż od razu po komendzie rzucała się na przeciwniczkę niczym wściekła suka rasy chihuahua zasypując ją gradem ciosów oraz celnych kopnięć. Już po kilkunastu sekundach było pozamiatane. Sędzia wyliczał leżącą na macie klientkę, zaś w ostatniej walce sekundant rzucił ręcznikiem poddając swoją panienkę, gdyż widok egzekucji był dla niego nie do przyjęcia niczym świat bez wódki dla alkoćpuna. Gdy Stryjo oglądał potem powtórki tych walk, to skomentował tak:
- Pomyliłem się. Nie Bójka, tylko Burza.
Bitka nieco dłużej znęcała się nad swoimi adwersarkami. Jej główną bronią były low kicki, czyli niskie kopnięcia oprawiające nogi. Kilka razy wręcz kosiła nimi swoje ofiary, które waliły się na matę niczym sosny podczas wyrębu. Wszystkie walki Bitka wygrała przez poddanie, gdyż żadna z tych ofiar nie była władna ustać na skatowanych nogach wychodząc do trzeciej rundy.
Za to najtrudniej miała Bęcka. Zaczęło się od tego, że już po pierwszej minucie jej kształtna pupcia poznała twardość maty. Potem obie panie toczyły już dość wyrównany pojedynek, zaś przerwę wypełniał jeden wielki opierdol ze strony Kaśki:
- Do kogo ja mówię, kurwa! Garda! Łapy wyżej! Nie jesteś jeszcze mistrzynią olimpijską. Jak wygrasz tyle, co ona, to trzymaj je sobie nawet w dupie. Ale na razie masz mieć łokcie wyżej cycków. Nie wygrywasz na razie. To nie siusiak twojego chłopa, ty jej nie liż, ty ją masz tłuc! Chcę widzieć, jak wióry z niej lecą.
Trenerka dorzuciła jeszcze kilka trochę bardziej szczegółowych instrukcji, zaś po gongu wlepiła jej klapsa na drogę. Zjeba okazała się skuteczna. Bęcka ogarnęła się jak należy, po czym zaczęła odrabiać straty. Łatwo nie było, gdyż przeciwniczka dzielnie się odgryzała, ale trzecia runda była już całkiem jej. Walkę wygrała jednogłośną decyzją, mimo zaliczenia wstępnego knock downu. Druga walka się nie odbyła, Bęcka zwyciężyła walkowerem. Co prawda jej przeciwniczka wygrała swoje poprzednie spotkanie, ale była to pyrrusowa wiktoria, gdyż wyłapała kontuzję. Lekarz nie wpuścił jej na ring, więc nasza Neonówka mogła sobie dłużej odpocząć. Za to trzecia jej walka była po prostu brzydka. Reguły tajskiego boksu dopuszczają długie klincze, ale większość widzów nie przepada zbytnio za takim przebiegiem zdarzeń. Takim to sposobem obie panie przemęczyły dwie rundy. Za to Kaśce głos zaczął już chrypieć od powtarzanych instrukcji.
- Dzidzia, nie szarp się z nią! Odskok z lewym prostym, prawy low kick i lewy round na banię. Nie bij się kurwa, tylko boksuj jak człowiek! Trafiaj, punktuj!
Dzidzia faktycznie karnie wykonała polecenie już na początku rundy. Próbowała dokończyć latającym kolanem, niestety niecelnie, po czym znowu doszło do klinczu. I wtedy stało się coś niedobrego. Przeciwniczka Bęcki nagle uderzyła głową. 
- Faul! No co jest, kurwa?!
Wrzasnęła Kaśka, sędzia jednak nie przerwał walki. Zrobił to dopiero po kilkunastu sekundach odsyłając Bęckę do narożnika. Rozcięcie łuku brwiowego było ewidentne. Na ring wskoczyła Kaśka, za nią zaś cutman, który zabrał się do pracy, żeby opanować sytuację. Nie wyglądało to jednak dobrze. Pojawił się główny lekarz, zaś trenerka wsiadła krzykiem na sędziego.
- Faul był, głową strzeliła! Ty ślepy jesteś, czy co?!
Ten jednak ignorował ją, patrzył jedynie na lekarza, ten zaś na zakrwawioną dziewczynę. Logo Oktagonu na piersi jej zielonego tiszerta zakryła wielka plama. Kaśka zmrużyła oczy, szybko utkała zaklęcie tamujące krew, lecz było już za późno. Lekarz spojrzał na sędziego, ten zaś wykonał rękoma gest zamykający walkę.
- Szlus. Koniec. Techniczny nokaut.
Gdy podszedł do narożnika, w którym stała druga dziewczyna, po czym podniósł jej ramię do góry Kaśka wrzasnęła głośno:
- Ni chuja! Zero zgody! Protest!
Sędzia pokręcił głową.
- Menadżer tylko może składać protest.
- Jestem menadżerką idioto! Naprawdę ślepy!
Pokazała mu plakietkę na piersi. Po czym podskoczyła do krawędzi bocznej ringu i spojrzawszy na sędziów punktowych siedzących przy stoliku powtórzyła w ich kierunku:
- Protest! Mam tam do was zejść?!
Po czym faktycznie zeszła, już była przy nich.
Całą tą scenę obserwowała siedząca blisko gromadka znanych nam przyjaciół. Była więc też Malina, która skomentowała ją szybko dwoma zdaniami:
- Będzie gorąco. Kasi puszczają nerwy.
Na szczęście nie puściły jej one aż tak, żeby stało się coś niepotrzebnego. Jeden z sędziów punktowych odnotował coś na kartce protokołu, po czym wstał ze słowami:
- Pani Katarzyno. Na razie wynik walki jest taki, jaki jest. Po turnieju, po ostatnim spotkaniu zapraszam na zebranie jury d'appeal. Wrócimy do sprawy, pogadamy na spokojnie.
Jakby nie było, Kaśka nie była już dzieckiem. Wiedziała, że na huki tego nie wygra. Skinęła więc tylko głową mówiąc:
- Dobrze. Ma pan rację. Tylko spokój nas może uratować.
Sama była już całkiem opanowana. Podeszła do Bęcki, która już zeszła z ringu, objęła ją ramieniem i oznajmiła łagodnym głosem:
- Chodźmy do szatni. Oszukali nas, ale ja to odkręcę.
Odkręciła. Zaś już później, po zakończeniu turnieju opowiadała przebieg wypadków na dwa sposoby, zależnie od tego, kto akurat słuchał. Pierwsza wersja była dość prosta:
- Przekonałam ich. Najpierw chcieli wydać werdykt no contest, czyli uznać walkę za nie odbytą. Ale obejrzeliśmy nagrywkę, faul był ewidentny, tylko sędzia centralnie dał dupy. Więc skończyło się dyskwalifikacją, a nasza harpia wygrała tym sposobem. Trzy zero dla nas. Pytań brak.
Druga wersja była bardzo podobna, właściwie taka sama, tylko uzupełniona opisem, jak wyglądał proces przekonywania:
- Nie docierało, nie docierało, wreszcie dotarło, gdy utkałam urok. Znacie mnie przecież. Sport to nie jest przemoc, to nie jest realna walka, więc zawsze gram fair. Ale jeśli ktoś oszukuje, to przestaję się czuć zobowiązana do takiej gry.
Zaś Bójce vel Burzy, Bitce i Bęcce, gdy były same, tylko we czwórkę, powiedziała z grubsza to samo, co zawsze mówiła na koniec każdego treningu:
- Jesteście zajebiste. Frajdą dla mnie było spędzić z wami czas.
Potem jeszcze dodała:
- Jutro kibicujemy Zosi. A potem ja zabieram się za wykłócanie, wyszarpywanie waszych nagród. Wiecie, jak to jest. Nie sztuka wygrać, sztuką jest zainkasować.
Po czym sięgnęła po telefon, aby do tejże Zosi zadzwonić.
C.D.N.

18 lutego 2026

wybór? /chwilówka/

Drugi odcinek mini serialu naszego ulubionego cyklu "Czarownice" właśnie się pichci. Gdy przyjdzie jego pora, to się ukaże. Na razie jednak chwilowo, tytułem przerywnika zachciało nam się wtrącić nasze trzy grosze na temat niedawnego wywiadu z panią Martą Nawrocką. Jak wiemy, takie jest rodo małżonki pewnego wujka urzędującego ostatnio jako Batyr. Zakładamy, że Kawiarnia zna ten wywiad, przynajmniej jego kluczowe fragmenty.
Otóż w pewnym momencie poruszono tam temat praw człowieka, centralnie zaś obecnych polskich regulacji prawnych dotyczących terminacji ciąży. Pytanie padło proste, o stosunek pytanej do tychże regulacji. Reakcja pani Marty było dość złożona. Spróbujmy ją omówić. Primo, to odpowiedź brzmiąca /cytujemy/ "jestem za życiem" nie jest żadną odpowiedzią, możnaby ją ewentualnie uznać za wymijającą, unikającą, czy po prostu nie na temat. Za życiem jest większość ludzi niezależnie od ich poglądów na omawiane sprawy. Czyli ta odpowiedź jest równoważna odpowiedzi /cytujemy/ "pomidor". Ale była też wzmianka na temat przeszłych doświadczeń pani Marty, która jak wiadomo pierwsze dziecko urodziła jako szesnastolatka. Nie to ostatnie nas jednak interesuje, tylko jej oświadczenie /cytujemy/ "miałam wybór".
No cóż, nie mamy żadnych danych na temat rodziny, tudzież środowiska, w którym dorastała pani Marta. Intuicja nam jednak mocno sugeruje, że nasza bohaterka nie powiedziała prawdy. Nie chodzi nam bynajmniej o prawo stanowione, które już wtedy pozbawiało kobiety wyboru, bo dla chcących żadne prawo nie jest przeszkodą. Nie tego rodzaju wybór teraz rozpatrujemy. Pytanie brzmi, ile dziewczyn, niepełnoletnich nastolatek, dwadzieścia jeden lat temu dorastało w takich warunkach środowiskowych, które dopuszczały im samym, niezależnie, samorządnie decydować o sobie, gdy zdarzył im się pech pod postacią niechcianej ciąży? Jak się Kawiarnia zapatruje na tą kwestię?
Być może to jest niepotrzebne, mimo tego jednak przypomnimy, że pralnia mózgów w temacie praw człowieka, dokładnie zaś praw kobiet do decydowania o sobie, centralnie o swoim ciele zaczęła funkcjonować jeszcze przez rokiem osiemdziesiątym dziewiątym. Po tym zaś roku tylko się rozkręciła po całości.
Za to przy drugiej i trzeciej ciąży pani Marta, mimo że już nie nastolatka, chyba nie miała wyboru? Ale to akurat jest uwaga raczej nie na temat, traktujmy ją może jako pewien żart taki. 😉

16 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.1 - czwartek)

Brak wezbranych chmur

Optymistyczna wizja
Kiedyś się wzbiorą
/haiku Wróżki Zębuszki/
👊
Anita była nieugięta, nie uległa nawet wtedy, gdy Mala bardzo, bardzo ładnie ją poprosiła, zaś Roxy zagroziła jej klątwą brzyda. Ujawniła jedynie, że uzgodniła już z Borkiem imię dla ich przyszłej córki, nawet dwa, obiecała też, że drugie upubliczni po wiosennym kwartalnym sabacie, ale na tym koniec. Wreszcie Malina przerwała próby pozyskania dokładniejszych informacji:
- Dziewczyny, dajcie spokój. Zaparła się i chuj. Nic nie zrobisz.
Po czym kelnerka pani Renia, bo rzecz się działa w Pleciudze, przyniosła tacę pełną zamówionych zamówień, co już końcowo zakończyło temat. Zaś potem Mala bardzo, bardzo ładnie poprosiła, aby rozpatrzyć inną sprawę.
- Nitka, czy możemy sobie odpuścić jutrzejszy sabat?
Anita odparła dyplomatycznie:
- Zawsze możemy, gdy tak chcemy. Co prawda są w planie dwa płatne zlecenia, nie żaden trening, ale nie musimy się spieszyć.  
- A czemu tak chcesz?
To już wtrąciła Roxy.
- Temu, że ja mam sesję. Egzaminy na uczelni, koniec pierwszego semestru. Za to Kasia po prostu pracuje. Ma walki. W piątek jedna gala, w sobotę druga.
- Jakie walki Kasiu? Znowu się bijesz o kasę?
Malina lojalnie zaprotestowała:
- Ona nigdy się nie bije. Najwyżej kogoś.
Kaśka uciszyła ją gestem dłoni i odparła.
- Nie ja. Moje dziewczyny. Trzy walczą jutro. Mają turniej boksu tajskiego. To ich debiut na ringu, a ja muszę cały dzień być z nimi. Za to pojutrze wieczorem walczy czwarta, to będzie grubsze wydarzenie. Troszeczkę inna konkurencja. Ale też zapowiada się ciekawie, może nawet ciekawiej.
Tu się odezwała Malina:
- Maleczko, to w ile czasu teraz zrobisz te swoje studia? W jeden semestr, czy może dwa? Bo my już wiemy, co ty potrafisz.
- Bez przesady. Tak szybko jak z maturą to nie pójdzie.
- Ale pociśniesz do przodu? Tak po swojemu?
- Taki mam plan, ale na pewno nie przez rok. Jak tą sesję dobrze ogarnę, to potem wskakuję na indywidualny tok nauki. A wtedy już sama sobie dyktuję tempo.
W tym czasie Kaśka sięgnęła do torby. Wyjęła z niej drobny plik kolorowych kartek, po czym położyła go na środek stolika.
- To są wejściówki wipowskie, dwuosobowe. Jeśli któraś ma ochotę zobaczyć te moje harpie w akcji, to zapraszam. Trochę czasu im poświęciłam, więc byłoby mi miło.
Roxy wzięła kilka biletów do ręki. Rzuciwszy nań okiem spojrzała na Malinę, po czym uśmiechnąwszy się oznajmiła:
- Lalka, znajome obiekty.
- No. Akurat je robimy. Od razu po weekendzie. 
Kaśka spojrzała jakby zdziwiona.
- My? Aha, Latająca Miotła. Ale zaraz, chwila. To oni tam nie mają własnego personelu?
- Mają. Ale po imprezach te hale wyglądają jak pobojowiska. Więc zatrudnia się wtedy dodatkowe siły do sprzątania. Tu akurat my to bierzemy. Umowy podpisane, zaliczki przelane, jest dobrze.
Anita wybrała dwie kartki.
- Dobrze. My z Borkiem jedziemy. A wy?
- Co my? Wszystkie jedziemy. Z całym żywym inwentarzem.
Ton głosu Roxy nie zostawiał miejsca na jakąkolwiek dyskusję. Ruda wiedźma zgarniając cały stosik wejściówek ze stołu dodała:
- Znaczy studentka ma nieobecność usprawiedliwioną. Zmówimy się razem, bo ja akurat wiem, jak tam można dobrze zaparkować. Pod obiema halami nie jest zbyt przyjaźnie w tej kwestii.
Wtedy odezwała się Mala:
- Daj mi proszę jeden bilet. Ten na sobotę.
- Czyli zajrzysz jednak?
- Tylko na samą walkę Zosi Yakuzy. Jej obiecałam już wcześniej.
Sprawa wyglądała na dogadaną, nagle jednak zabrała głos Malina:
- Siostry, a Walentynki?
Roxy spojrzała na nią zdziwiona.
- Co Walentynki?
- W sobotę są Walentynki.
- Ja nie obchodzę Walentynek. Znaczy źle, wróć! Ja obchodzę te całe jebane Walentynki, tylko że codziennie. No, może prawie codziennie. Ale zawsze się pieprzę porządnie.
Mala zakręciła się na krześle tak, jakby chciała się odezwać, lecz siedząca obok Kaśka chwyciła ją pod stołem za udo i mruknęła:
- Siedź! To nie nasza dyskusja. My sobotę mamy zagospodarowaną.
Wtedy nagle parsknęła śmiechem Anita i oznajmiła:
- Lalka, wy chyba z twoim bratem macie to rodzinne.
- Niby co?
- Robienie problemu z Walentynek. Pamiętam, jak Borek rok temu mi marudził na ten temat. Akurat wypadały w piątek. To ja mu tak zrobiłam w czwartek, że mu się odechciało na parę dni, tylko popierdywał z przeżarcia miłością. A my siostry wtedy nazajutrz zrobiłyśmy sobie normalny sabat, jak Ciocia Lala przykazała.
- No.
- Ty Mala mi tu nie nokaj. Bo akurat ciebie na tym sabacie wcale nie było. Byłaś zabujana po sam wierzchołek cipy w tym swoim wtedy Mirku i w ogóle się z tobą nie można było dogadać.
- Ale...
To akurat Malina coś próbowała wtrącić, jednak Nita ją zgasiła:
- Lalka, a ty po prostu zrób tak, że wstań wcześniej, niż zwykle i do wyjazdu na galę nawalentynkujecie się z Miolką tyle, że wam piczki będą dymić. Temat uważam za zamknięty.
Anita siorbnęła nieco smufi i zmieniła obiekt swojej uwagi.
- Kasiu, mam do ciebie prośbę. Bo widzisz, mnie się ten sport podoba, nie jestem idiotką dla której to jest przemoc. Ale rzadko mam okazję oglądać, więc się nie rozeznaję na tych różnych odmianach. Wiem tylko, że trochę ich jest, ale każda ma detalicznie nieco inne reguły gry. Możesz nam trochę przybliżyć temat? Chcę lepiej wiedzieć, co się tam będzie działo.
Kaśka powoli omiotła wzrokiem wszystkie siostry, a gdy każda zgodnie skinęła głową popierając wniosek Anity, wstała od stolika mówiąc przy okazji:
- Dobrze. Ale to trochę potrwa, więc ja może najpierw...
Spojrzała wymownie w kierunku, w którym co jakiś czas udawała się prawie każda klientka Pleciugi. Kobiece oko ma to do siebie, że niekiedy wymaga poprawienia.
A to, że Kaśka, jako jedyna z całej piątki czarownic nigdy uprawia makijażu jest kwestią kompletnie pozbawioną znaczenia.
C.D.N.

21 stycznia 2026

DZIEŃ BABCI BEZ BABCI

Pomysł Maliny był lekko chybiony, co od razu zauważyła Anita:
- Lalka, czy my mamy jakąś babcię w okolicy?
- No, niby nie mamy, ale możemy mieć.
- Masz jakieś propozycje?
- Moja mama? Znaczy moja i Borka, twoja teściowa zresztą.
- Aha, tędy. Ale to bez sensu. Skoro nie ma jeszcze wnuczęcia...
- Wnuczki. To już akurat wiemy.
- Nieważne. Ale skoro nie ma wnuczki, to nie ma babci.
- Nitka, nie bądź taka logiczna, nawiedzona proczojsówa.
- Jestem proczojsówą.
- Ale nie bądź tak nawiedzona. Takie gadki są dobre na naukowe dyskusje, do tego w innym gronie. Bo ja też jestem proczosojsówa. My teraz możemy sobie dać trochę luzu.
- Dobrze, już dotarło. Taki dzień babci bez babci.
- Po prostu rodzinna kolacja z okazji ustawowego dnia babci.
- Było tak od razu, że nie chodzi o żadną babcię, tylko o okazję.
- Czyli w środę u nas jemy pieczonego łososia?
Wtedy ożywił się milczący do tej pory Borek:
- Łosoś koniecznie. Pupcia, dawno nie robiłaś.
Malina włączywszy jeden z wariantów swoich min słodkiej idiotki dodała jakby nieco retorycznie:
- Cieszysz  się?
Pani Weronika, choć jak każda normalna, zdrowa psychicznie kobieta też była proczojsowa, to była nieco starszej daty, więc gdy dowiedziała się o zmienionym stanie organizmu swojej synowej szybko weszła mentalnie w tryb bycia babcią. Kilka razy miała też okazję poznać rozkosze spożywania pieczonego łososia na sposób Anity. Więc gdy się dowiedziała, co się ma dziać od razu włączyła się do współpracy. Co prawda jej synowa potrafiła sama wykonać swoje dzieło, ale ta uznała, że lepiej, gdy będzie to efekt pracy zespołu. Miała inną opinię, niż Borek, który twierdził, że jego siostra oraz siostrowa pichcić nie umieją, co najwyżej pizzę zamówić przez telefon. Więc myślała pozytywnie na temat powodzenia całego projektu obejmując kierownictwo. Poza tym pieczony łosoś jej sposobem to nie było sobie takie kupić, upiec, potem zeżreć. Ten łosoś nie był tylko samym łososiem, to było mnóstwo innych rzeczy nim nie będących, zaś Anita mimo wszystko nie była Durgą Ośmioramienną. Tak więc szybko podjęła rolę bosmana na jachcie, który pohukuje na załogę, że wszystko jest robione źle. Malina i Mariolka miały naprawdę przesrane, upiekło się tylko Borkowi, który dostał zadanie pilnowania kaszy, co nie wymagało bynajmniej ciągłego tłoczenia się w kuchni pełnej bab, gdy żadnej, nawet swojej nie można uszczypnąć w pupę, bo można dostać po ryju. Poza miał on jeszcze inną misję, jaką było zabawianie Mamy, żeby do tej kuchni, jako gość honorowy nie zaglądała. Za to Mama też miała swoje do roboty. Otrzymała ścierkę do naczyń jako insygnium władzy nad kotem, który im bardziej się pojawiał, tym bardziej miał być przeganiany na zbitą mordę, bez prawa do apelacji.
Wreszcie jednak jacht zawinął do portu i padła komenda finałowa:
- Panie plus pan! Ręce myć i do stołu!
Zaś na stole było naprawdę bogato. Poczesne miejsce zajmowała wielka micha pełna pieczonej łososiny, obok druga micha kaszy gryczanej, którą Borek dopilnował jak należy. Kilka odmian sosów, domowych, nie sklepowych, oraz dwie wersje miksu dodatków roślinnych. Jedna ogórkowa, druga bezogórkowa. Tak musiało być, gdyż akurat Mariolka była bezogórkowa. Pracowała bowiem kiedyś w warzywniaku, co wspominała potem następująco:
- Nie chcecie wiedzieć, gdzie szefowa plasowała te ogórki na zapleczu, zanim trafiały do klientów. Więc ja za ogórki dziękuję.
W opisie zawartości stołu pomińmy już wszelkie takie tam różne, które tam powinny być, więc były, nie twórzmy zagadnień.
Po zajęciu miejsc nastąpił wreszcie okres ciszy, gdyż paszcze miały coś innego do roboty, niż gadanie. Mimo, że w tym domu nie jadano stylem japońskim, tylko francuskim, gdzie jedzeniu towarzyszy właśnie gadanie, to nie padło ani jedno słowo. Nawet prośby, aby komuś podać coś, co jest akurat poza zasięgiem, artykułowano gestami plus jakimiś ewentualnymi pomrukami. Gdy wreszcie minęła pierwsza fala ekstazy pani Weronika zabrała głos, pokazując na butelkę wina będącą jej wkładem do obiadokolacji.
- Łosoś lubi pływać, więc żeby sobie nie pomyślał, że go koty jedzą, to zajmij się Mioleczko tym pojemnikiem, jako najmłodsza.
Kot tego nie skomentował, choć słyszał wszystko z kuchni, bo sam pałaszował po japońsku swój godziwy bonus, który otrzymał za... Bynajmniej nie za bycie mało upierdliwym, bo akurat był aż za bardzo, ale za to, że jest kotem, ważnym elementem tej rodziny.
Mioleczka otworzyła butelkę, potem pojechała po starszeństwie. Najpierw nalała Mamie, Anitę ominęła, potem się zawahała, jak zwykle przy takiej okazji. Starszy Borek, czy młodsza Lalka, ale jakby nie było dupencja? Lecz ów starszy skrócił jej męki.
- Mioluś, ja dziękuję.
- Okay.
Gdy kieliszek Maliny przestał być pusty, postawiła butelkę na stole. Lalka spojrzała jakby odrobinę zdziwiona na nią, potem na Borka, potem znowu na nią, wreszcie spytała:
- A wy co? Antybiotyki bierzecie?
Brat spojrzał na nią jakby lekko zbulwersowany:
- Siostra, zachowuj się.
Malina przyjęła któryś z wariantów jej ulubionej miny słodkiej idiotki, po czym skromnie spuszczając swe oczęta mruknęła:
- Masz rację. Przepraszam. To było alkochamstwo.
Wtrąciła się jednak Mama:
- Dzieciaki, wyluzujcie. Borek faktycznie ma rację, ale w tym naszym gronie nie musimy podchodzić do spraw aż tak poważnie. Bo mnie akurat zaciekawiło, dlaczego mój syn, który choć zawsze pijał skromnie, to jednak dziób moczył, teraz nagle przyjął opcję zerową. Niteczko, coś wiesz na ten temat?
- Pojęcia nie mam. Sama nie używam tego narkotyku od pewnego czasu, ze względów wszystkim tu wiadomych, więc umknęło to mojej uwadze. Słodziaczku, od kiedy ty tak?
- Od sylwka.
- Postanowienie noworoczne? Nic mi nie mówiłeś.
- Nieee... Może nie aż tak grubo. Po prostu zwykła decyzja.
W tym momencie Malina patrząc uważnie na Mariolkę i pusty kieliszek stojący za jej talerzem oznajmiła:
- Chyba łączę kropki. Na sylwka byłyśmy z Miolą u Borków. Działo się dużo, ogólny rozgardiasz, tańce, hulanki, swawole, wszyscy gadają ze wszystkimi, ale oni nagle złapali jakiś temat we dwoje. Długo go wałkowali zresztą, ale teraz już wiem, co to było.
- Co?
- Nie jestem idiotką, więc wierzę w przypadki, ale dziś akurat taki nie nastąpił. To była ich wspólna, kolektywna decyzja. Też to przegapiłam, bo do tej pory nie było okazji do żadnej wypitki, ale teraz już to widzę.
Wreszcie odezwała się Mariolka:
- Trochę tak, trochę nie. Bo myśmy nic wspólnie nie postanawiali, nie było żadnych projektów wykonawczych. Był tylko wspólny consensus na pewien temat, ale nie szły za tym żadne wzajemne zobowiązania. Tak więc to właśnie przypadek głównie zrządził, że dziś oboje odmówiliśmy spożycia. 
- Jakiż to był consenus? 
Miolka najpierw dołożyła rybiny na talerz, potem nieco sałatki, tej bez ogórka rzecz jasna, zawahała się nad kaszą, ale odpuściła, po czym oznajmiła:
- Paracelsus stwierdził kiedyś, że wszystko jest trucizną, oraz nic nie jest trucizną, że tylko dawka czyni truciznę. Otóż narkotyk zwany alkoholem ma taką dziwną właściwość, że jest trucizną niezależnie od dawki. Nawet orzechówka medyczna, którą się dawkuje na krople daje bilans na minus. Bardziej truje, niż buduje.
Mama spokojnie słuchała sobie tego wywodu, równie spokojnie przeżywając kęs łososia, wreszcie zwróciła swą uwagę na Anitę.
- Kochana, a co ty na to? Wydaje mi się, że masz największą wiedzę na ten temat. Jak dobrze wiesz, nie jestem przemądrzałą teściową, więc chętnie usłyszę twoje zdanie.
- Bez przesady. Nie jestem zbyt wielkim specem. Na temat narkotyków wiem tylko tyle, co powinna wiedzieć czarownica na moim poziomie. Do tego też nie wszystkich. Za to orzechówka medyczna? Zielarstwo, ziołolecznictwo stosuje czasem nalewki na alkoholu, ale ja tu akurat jestem sceptyczna. Tak, jak Miola powiedziała. Więcej trują, niż budują. Doraźnie może mogą pomóc, ale kosztem pewnej destrukcji. Tylko zastrzegam, że magia realna to nie farmakologia. Wiele pytań do niej trzeba kierować.
Wtedy wtrącił się nagle Borek:
- Miola ma rację. Nic nie uzgadnialiśmy. Nic nie koordynowaliśmy. Mnie się tylko zachciało być odpowiedzialnym ojcem za pół roku. Odpowiedzialny ojciec musi dbać o swoją formę bardziej, niż odpowiedzialny partner. Chyba nie przypuszczacie, że Mariolka też chce być ojcem? 
Ta wypowiedź rozwaliła systemy wszystkim przy stole. Zaś dalszej konsumpcji pieczonego łososia towarzyszyła luźna rozmowa na kompletnie inne tematy. Tylko Anita jakby coś sobie przypomniała. Nabiła na widelec spory kawałek rybiny, wtłoczyła go sobie do ust, pochyliła się do siedzącego obok Falibora, przyciągnęła jego głowę do swojej, po czym...
Robiło wrażenie. Malina i Mariolka chwyciły się wzajemnie za uda pod stołem, zaś pani Weronika ze swoim przyjaznym i życzliwym uśmiechem skomentowała:
- Takie jedzenie sobie z dzióbków to musi być prawdziwa miłość.
Po czym odłożywszy widelec chwyciła za butelkę i nalała wina do kieliszków Mariolki, Borka, a także Anity. Na zdziwione spojrzenie Maliny odpowiedziała:
- Czy jest coś, czego nie rozumiesz córeczko?
- Luz. Po prostu nikt się nie przyjrzał etykietce.

12 stycznia 2026

KREWETKI, FRYTKI BELGIJSKIE I MISS MĄDRALIŃSKA

W Pleciudze, jak to w Pleciudze. Gdy nasze wiedźmy zejdą się na swoje czwartkowe pogaduchy, to różne tematy biorą na warsztat. Czasem są to szalenie ważne czarowskie sprawy, czasem zaś toczą dysputy o przysłowiowym siusiaku damiana. Razu tego Anita rzuciła tak sobie nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy:
- A wiecie, dziś miałam zabawną akcję w robocie.
- No?
Odparła któraś, bodajże Malina, więc Nita zakontynuowała:
- Siedzę sobie z Borkiem w tym naszym firmowym barku na dole, zaczynamy lunch, nagle dosiada się Ewka, taka koleżanka...
Tu jej przerwała Roxy:
- Ta Ewka, co kiedyś robiła podchody do Borka?
- Nie, skąd. Tamta już dawno u nas nie pracuje.
- Pomogłaś jej w tym, czy tak sama z siebie odeszła?
Anita dyplomatycznie udała, że wcale nie było tego pytania, tylko rozwinęła odpowiedź na pierwsze:
- To jest akurat dość fajna Ewka, z tych Ewek, co się dają lubić. Ale nie była sama, tylko była jeszcze taka... Taka nowa, jeszcze jej nie rozkminiłam za dobrze. Borek zrobił minę jak srający borsuk, bo chcieliśmy pogadać, a tu nagle zmiana planów. Więc tylko skulił się nad tymi swoimi krewetkami z frytami belgijskimi i udaje, że go tu wcale nie ma.
Tu nagle ożywiła się Kaśka:
- On naprawdę nic innego nie jada?
- Nie, no... W firmie nic innego nie jada, bo uważa, że tylko to się tam nadaje do jedzenia. W domu zjada wszystko, kraszone, postne, grzeczny dzieciak jest.
- Ale te fryty z krewetkami są naprawdę zajebiste.
To był komentarz Mali, która jeszcze dodała:
- Ja kiedyś specjalnie tam sobie pojechałam na te fryty. Tyle się nasłuchałam na ich temat, że chciałam spróbować. Spróbowałam. Potem nawet powtórzyłam, drugą porcję wzięłam.
- Ja frytek nie jadam. Od frytek cycki miękną.
Rzuciła Roxy, lecz Mala miała już ripostę:
- Mnie jakoś nic nie zmiękło. Zresztą sama pomacaj.
Mówiąc to zrobiła ruch, jakby chciała chwycić Rudą za dłoń, ale ta ją szybko cofnęła, dodając przy tym jeszcze:
- Nic ci teraz nie będę macać. Nita, miało być o Ewce, a tu mi nagle siuśka jedna wyskakuje z jakimiś tam cyckami. Zaprowadź proszę jakiś porządek w tej opowieści.
Kaśka i Malina nagle się zgodnie zaśmiały, zaś Anita oznajmiła:
- To ty zaczęłaś. Ale zostawmy już te cholerne cycki...
Niestety Mala jej przerwała:
- To ta Ewka nie ma cycków?
- Młoda, zamknij się! Mam opowiadać, czy nie mam opowiadać?
- Nita, kocham cię!
- To nie jest odpowiedź na to pytanie.
- No, już mów. Ja tylko tak... Dla zacieśnienia siostrzanej więzi.
- Wariatka. No, ale dobrze. Więc rozsiadły się obie, Ewka i ta nowa, pełnymi buziami, ja patrzę na Borka, Borek nie patrzy na nikogo, tylko na te swoje krewetki, czekam więc co dalej. To ta Ewka nagle się mnie pyta, jak spędziłam sylwka. Ale wcale jej nie interesowało, co odpowiem, bo sama zaczęła opowiadać o swoim, zanim ja w ogóle zebrałam myśli. No, trudno. Skoro już się uparła spierdolić mi wspólny lunch z chłopem mojego życia, to co bym nie zrobiła, to spierdolę jeszcze bardziej. Siedzę cicho, konsumuję swoje, co mam na talerzu, za to Ewunia zaczyna się rozwijać. Opowiada co, kto, sro, co się działo, co kto zrobił, nie zrobił, guzik mnie to wszystko obchodzi, nawet nie znam tych ludzi, ale ta nagle zaczyna wychwalać zielsko, które ktoś tam przyniósł. To coś mnie podkorciło, mówię, że fajnie. Że pewnie nikt się za bardzo nie upił. Takim truizmem sobie sypnęłam, po czym wcinam dalej, za to nagle wtarła się ta nowa. Mówi, takim full bufoniastym tonem, pełnym wysokiej wyższości, wyżej od wyżeja, że ona nie musi palić żadnego zielska, żeby się dobrze bawić.
- Jeden z najbardziej frajerskich tekstów świata.
To wtrąciła Kaśka, zaś Malina dodała, tak nieco konsyliacyjnie:
- Społeczeństwo jest wciąż permanentnie niedoedukowane. Takim pindziom jak ta nowa wydaje się, że jak ktoś używa marihuany, to znaczy, że musi. Tak mają wdrukowane do głowy, jeszcze wiele lat upłynie, zanim się ten fałsz odfałszuje. Jak parę innych zresztą.
Lecz Anita nie podjęła tematu, raczej go zgasiła:
- Oj Lalka, świetnie wiemy, o co chodzi, ta piana została już zbita do białej kości, do krwi z dupy. Lepiej posłuchajcie, co było dalej.
- No?
- Ja nic nie mówię, żułam zresztą, Ewka na razie tylko patrzy na tą nową, jakby naprawdę chciała rozkminić te jej brednie. Za to nagle odezwał się mój nieślubny małżonek znad tych swoich krewetek belgijskich. I to jak się odezwał.
Mala zawierciła nagle pupą po krzesełku:
- Co powiedział? Co powiedział?
- Cytuję dosłownie: Rozumiem, że ruchać też się nie musisz?
Rymsnęło gromkim śmiechem po całej całości. Aż reszta klientek Pleciugi odwróciła głowy znad swoich pleciugato, czy też innych wspaniałości oferowanych przez kafejkę. Zaś gdy się już wyśmiało, Roxy westchnęła niczym znana gwiazda filmów dla dorosłych, tych bardziej romantycznych:
- Wiedziałam co robię podkochując się w nim kiedyś.
Za to Malina wyprostowała się dumnie na swoim siedzisku, mocno wypchnęła cycki do przodu, jakby chcąc pokazać, że nie jada zbyt wiele frytek, po czym oświadczyła:
- To przecież mój brat. Ta sama krew.
To wywołało znów salwę śmiechu, po której to salwie Kaśka spytała rzeczowo, jak to Kaśka:
- Znaczy ta nowa mądralińska chyba długo nie popracuje u was?
Anita w swojej firmie zarabiała na rachunki jako szefowa działu logistyki. Nie była bynajmniej w jej zarządzie, nie była formalnie zbyt decyzyjną pracownicą. Ale jako czarownica miała bardzo długie ręce. Wystarczyła jedna celna klątwa, jeden urok, czy jakieś inne zaklęcie, żeby bardzo wiele zmienić co do polityki owej firmy, szalenie rentownej zresztą. Taka przezroczysta eminencja, można by rzec. Jej psiapsie świetnie to wiedziały, reszta świata raczej już stanowczo niekoniecznie. Chyba nawet Falibor miał słabe pojęcie na ten temat. Więc odpowiedziała Katarzynie:
- Jeszcze to przemyślę, jeszcze ją poobserwuję. Ale na pewno praca w jednej firmie z idiotkami, czy też idiotami, z którymi nie idzie rozumować sprawia mi przykrość. Ty najbardziej nie lubisz chamstwa, zaś ja głupoty.
Zapadła cisza, którą wreszcie przerwała Mala:
- To może pogadajmy teraz chwilę o tych cyckach i frytkach. Bo jakoś za poważnie się zrobiło, a ja z kolei nie lubię, jak jest tak bardzo za bardzo za poważnie.
 


05 stycznia 2026

ZAKON CZAROWNIC /+ KLĄTWA (suplement)/

Co prawda mamy już nowy rok, ale na razie cofniemy się jeszcze do okresu przedświątecznego, do piątku przed niedzielą zimowego sabatu. Jak doskonale pamiętamy, Anita, Roxy, plus Kaśka na doczepkę postanowiły sobie pojechać do wioski zakonu Benges. Nita miała w tym swój interes, gdyż była na wstępnym etapie szukania dobrej miejscówki, gdzie mogłaby bezpiecznie urodzić. Miała na oku kilka zagranicznych klinik, ale do sprawy wmieszała się Zira, mniszka Benges, z którą jakoś tak mniej więcej od roku mocno się kumplowała, od czasu próby porwania Mali.
- Nigdzie nie szperaj, nie szukaj, tylko wal prosto do nas. Mamy najlepszą porodówkę jaką tylko sobie możesz wyobrazić.
- Nie wiedziałam...
- Nie wiedziałam i nie rozumowałam. A przecież my też rodzimy jakieś dzieci. Więc siostry muszą mieć super warunki do tego. Inne dziewczyny, bezmocki zresztą też. Nie myślisz chyba, że wyślemy taką do jakiegoś szpitala powiatowego?
Tu pora coś wyjaśnić. Takie pojęcia, jak zakon, klasztor, czy też mniszka mogą budzić różne skojarzenia. Ale jedno jest na pewno mocno błędne. Wiedźmy Benges mają pewne swoje reguły gry, niektóre bardzo ostre, wręcz psychopatyczne, ale taka patologia jak deprywacja spraw zasadniczych nie ma tam miejsca. Zaś jak wiadomo, skutkiem tych spraw bywają czasem dzieci. Więcej już dorosłym ludziom tłumaczyć chyba nie trzeba. Więc Anita spytała wtedy jeszcze na koniec tej rozmowy:
- A jaki jest, że tak powiem, rozmiar nieszczęścia?
- Masz na myśli pieczywo?
- Dokładnie.
- Nie mamy umowy z reżimowym funduszem zdrowia bynajmniej. To zresztą nie jest żadna placówka usługowa, tylko tak do naszego wewnętrznego, prywatnego użytku. Ale od czasu do czasu trafia się klientka z zewnątrz. To trochę tak, jak z twoim czarowaniem. Nie jesteś zawodowa, robisz to głównie dla siebie, ale fajnym zleceniem nie pogardzisz.
- Zirka, nie trajluj mnie tu. Ile?
- Dogadamy się. Będzie pani zadowolona.
Anita nie była do końca pewna, czy śmiech Ziry brzmiał dobrze, czy niekoniecznie. Rzuciła więc tylko na koniec rozmowy:
- Jeszcze dodaj, że mam ci zaufać.
- To jest zbędne, w końcu jesteśmy siostrami.
- Zirka, chyba mi nie pomagasz teraz.
Koniec końców, zanim Anita odłożyła telefon obie czarownice dogadały jej wstępną wizytę w wiosce. Tak więc teraz jedzie ich trójka. Kaśki, jak pamiętamy, kwestie natalne mało obchodziły, ale chętnie dołączyła do wycieczki. Była bowiem ciekawa, jak się miewa pewna niedoszła, początkująca ćpunka, imieniem Dżesika zresztą, której uratowała dupę ekspediując ją do wioski Benges. Dorzućmy do tego jeszcze ciekawość ogólną, którą choć rzadko okazywała, to bynajmniej nie była jej obca. Ale gdy już wyjechały na drogę szybkiego ruchu Roxy nagle rzuciła znad kierownicy na zupełnie inny temat:
- Kasiu, jak się skończyła sprawa z tą klątwą, co to ją odbijałyśmy u mnie? Wiesz, z tego wisiorka. Doszłaś już, kto ją rzucił?
Tu wtrąciła Anita:
- Jak to kto? Berta, ta zawodowa, poznałyśmy po sygnaturze.
- Niteczko, nie plącz. Widzę, że ciąża nie robi dobrze na pamięć.
- Ano tak, dobrze, już wiem. Berta tylko utkała i sprzedała.
- No. To wiesz już Kasik, komu sprzedała?
- Prawie. Mam grube poszlaki. Ofiarą miała być...
- Wiem. Ta, jak jej tam, Yakuza. Twoja nowa pupilka.
- Taka nowa stara. Ale mniejsza z tym. Więc ona miała drobną kosę z jedną ze swoich panienek.
Znowu wtarła się Anita:
- Co one tak w ogóle robią? No, ten jej dziewczyński gang? Tylko nie mów, że hałasują motorami i ćwiczą u ciebie mordobicie. Chodzi mi o to, jak zarabiają dutki? Bogate z domu, czy może mają sponsorów, czy cóś?
Zapadła nagle cisza, a Roxy szybko rzuciła okiem w lusterko, zaś widząc zadumaną twarz Kaśki oznajmiła poważnym głosem:
- Jeśli to taki sekret, że nam nie powiesz, to luz. Zero problemu.
- Nie, spoko. To akurat wam mogę. Tylko chciałam to zabawnie ująć. Tak nie po chamsku.
- Ujęłaś?
- No. Otóż dziewczyny sprzedają zabawę.
Ruda i Nita zachichotały, wreszcie ta pierwsza stwierdziła:
- Prowadzą objazdowy teatrzyk bunraku?
- Nie bardzo. Raczej objazdowy sklep monopolowy. Tylko trochę inne produkty mają w ofercie. Takie sporo mniej legalne. 
- Czyli, popularnie mówiąc dilują?
- Tak bym tego nie nazwała, bo się brzydko kojarzy z patusami pod szkołami wciskającymi dzieciakom trutki na szczury. One mają inny target. To są dorośli, bogaci ludzie, których uliczny syf nie zadowala. Czyli jak dla mnie wszystko jest w porządku. Chcącemu nie dzieje się krzywda.
- To prawda. Ale zajęcie ryzykowne, mimo wszystko.
- Dorosłe dupy są, wiedzą, co robią. A towar podobno mają dobry, czysty, uczciwy. Lalka ostatnio kokę u nich kupiła, nie miała powodów do reklamacji.
Nie było żadną tajemnicą w tym gronie, że Malina sporadycznie lubi takie zabawki. Ale że sporadycznie, to tylko idiota zrobi z tego problem. Anita jednak miała drobną wątpliwość.
- Lalce gówna nie wcisną, bo ta cała twoja Yakuza wie, że inaczej ty byś jej urwała łeb. Ale co do innych, to ja nie wiem.
- Inni też są władni urwać jej łeb. Źle kombinujesz.
- Tak w ogóle, to ona wie, że czarujesz?
- Nie. I nie musi wiedzieć. Ona zresztą w takie rzeczy kompletnie nie wierzy. A ja nie widzę żadnego powodu, aby to u niej zmieniać.
Piłkę znowu przejęła Roxy:
- No, dobrze, ale co z tą klientką Berty. Domniemaną klientką, jak mówisz. Klątwa ją trafiła, czy co się stało tak w ogóle?
- Uważam, że trafiła, tak na dziewięćdziesiąt ileś procent. Wiem na razie tyle, że laska dostała wysypki jak chuj, po czym trafiła na zakaźny. Gdyby się potwierdziło, że to jakaś zakaźna, egzotyczna choroba, to by znaczyło, że to nie ona. Czaruję od was krócej, dopiero kilka lat, ale już dobrze wiem, że magią nie można takiej choroby wywołać. Można tylko jedynie obniżyć czyjąś odporność, podkręcić podatność, ale nie na tym ta klątwa przecież polegała.
- Wiesz to akurat ode mnie, moja szkoła.
Zaśmiała się Anita, ale Kaśka mówiła dalej.
- Za to akurat dziś się dowiedziałam, że laskę puścili do domu, bo to jakaś alergia tylko była, nic zakaźnego. To jeszcze nie jest dowód, ale kto miał największy interes zrobić Zośce, znaczy Yakuzie kuku?
- Może oszukany klient?
- Tak, oszukany klient dał zaczarowany wisiorek tej panience, żeby ta go dała niedoszłej ofierze. Za mało prawdopodobne, żeby było prawdziwe. Ale żeby być uczciwą, zostawiam te kilka procent niepewności, po czym sprawa dla mnie jest skończona, bo nic więcej nie wytropię.
Przez dłuższy czas w połykającym bieżące kilometry aucie panowało milczenie. Wreszcie Anita zapytała z pewną taką jakby dozą nieśmiałości:
- Gdzie my teraz jesteśmy?
- Zaniedługo mamy zjechać z autostrady, a potem to ja nie wiem, gdzie jesteśmy. Za to dalej to ty masz wiedzieć. Wioski Benges nie ma na żadnej mapie dżipiesu.
- No, mam tą kartkę ze wskazówkami od Ziry.
- Zmieniamy się za kółkiem, czy pilotujesz?
- Chyba lepiej to drugie, ty z tej kartki nic nie pojmiesz.
- No, to zapierdalamy dalej. Przed zjazdem jest stacja benzynowa. Robimy mały postój? Siku, kawa, bąka puścić, oko dorobić, majty poprawić, czy takie tam inne.
- Robimy.
To akurat padło z tyłu, ze strony Kaśki. Zaś jakieś pół godziny później auto jechało już zwykłą drogą, choć której kolejności odśnieżania tego za bardzo nie było wiadomo. Ale na razie szło dobrze, bo też samego śniegu było niewiele. Jedynie co ileś tam kilometrów padała komenda od Anity:
- W lewo. Prosto. Prosto. W prawo. To teraz prosto.
Ale po pewnym czasie sytuacja zaczęła się nieco odpraszczać.
- W lewo.
- Na pewno?
Ruda nagle zatrzymała pojazd.
- Bo zabacz, co się dzieje. Tu jest tylko dwa w prawo, jedno bardziej w prawo, drugie mniej w prawo. 
- A to po lewo?
- To nie jest żadne po lewo, to nawet nie jest polna droga.
- Jak nie jest, jak jest?
- To jest jakaś jebana miedza. Ja tam nie wjadę.
- Ale ja mam na kartce w lewo i chuj.
- Czekaj, bo to może to mniej w prawo to jest w lewo?
- Aha, że takie krzywe rozwidlenie?
- No.
- Dobrze, zasuwamy.
Minęło jednak kilka minut, gdy:
- I gdzie teraz?
- Zira mówiła, że teraz ma być piękna, szeroka, szutrowa droga.
- To wyschnięte koryto potoku przed nami to nie jest żadna ani szeroka, ani droga, ani szutrowa. Ani już na pewno piękna. Ja nie wiem, co to kurwa jest.
- Ale mnie się dalej instrukcja skończyła.
W tym momencie odezwała się śpiąca od jakiegoś czasu Kaśka:
- Cipki, gdzie jesteśmy?
- W murzyńskiej dupie jesteśmy!
- Gryzoń, nie uruchamiaj się.
- Ale ja czuję moc. Nie czujecie?
- Niby coś czuję.
- Ja też. Tam na wprost.
- Tyle sióstr na raz to musi walić mocą na kilka kilometrów.
- No, i wali.
- I coś się świeci.
- Coś. Tak jakby.
- Tak jakby.
- Znaczy, że dobrze jedziemy. Teraz tylko abramakabra i do przodu.
- Tym rowem przeciwczołgowym? Chyba cię pojebało.
Kaśka wysiadła z auta, wyjęła telefon i świecąc latarką podeszła nieco do przodu. Po chwili wróciła i otworzyła drzwi od kierowcy.
- Wiewióreczko kochanie, puścisz mnie za kółko? 
Roxy zawahała się chwilę i odparła:
- No, dobrze. Ale jak mi pierdolnie zawieszenie, to niesiesz tego całego grata na plecach. Aż do samej tej wiochy.
- Jak chcesz, to idź przodem i odwalaj co większe bambule.
Na całe szczęście odcinek drogi postrzegany przez Rudą jako kryzysowy szybko się skończył, po czym auto jechało już regularną miedzą, aczkolwiek dość przyjazną dla zawieszenia wozu. Po chwili zaś zatrzymało się na jasno oświetlonym podjeździe przed szeroką, palisadową, jednak zamkniętą bramą. Wiedźmy całą trójką wyszły na zewnątrz rozglądając się po okolicy. Dalej też była taka sama palisada. Nagle Anita krzyknęła:
- Patrzcie, jest!
- Co jest?
- Piękna, szeroka, szutrowa droga.
- Gdzie?
- Tu!
- Rzeczywiście. Czyli to stamtąd powinnyśmy przyjechać?
- Na to wygląda.
- Dobrze, to teraz szukamy domofonu. Albo weź Nitka zadzwoń do Ziry. Niech otworzy, gościnie przyjechały.
Zanim jednak Nitka sięgnęła po telefon podwoje rozwarły się szeroko. Na zewnątrz wyjechał quad, zatrzymał się tuż przy samochodzie, po czym wysiadły zeń dwie postacie. Jedna, jak się zaraz okazało Zira podeszła do Anity pytając niepewnym głosem:
- Jak wyście tu tędy dojechały?
- Ściśle według twoich wskazówek.
Kobieta pokręciła głową i wyjęła telefon.
- Pokaż mi na mapie, jak jechałyście.
- Ruda, pokaż jej.
Roxy zerknęła na wyświetlacz.
- Tu zjechałyśmy z hajłeja, a potem jakoś tak...
- Tu zjechałyście?
- No, tu. Coś nie tak?
- To nie był ten zjazd!
- Ale wskazówki jakoś z grubsza się zgadzały.
- Niepojęte. A tak w ogóle to przestrzeni dla waszych ja.
Anita uśmiechnęła się.
- Twoim kosztem. Ale czy musisz tak formalnie?
- Muszę. Młodsza patrzy.
Ale młodsza, czyli druga postać centralnie gdzieś miała te formalności, tylko podbiegła do Kaśki i rzuciła się jej na szyję.
- Pani trenerka! Pani Katarzyna! Mówiono mi o niespodziance, ale nie że aż takiej. Ale ja nie wiedziałam, że pani też jest siostrą.
- Bo nie czułaś jeszcze tego, nie umiałaś. Ale teraz to mnie może puść, bo mnie połamiesz. Nawet mój chłop mnie tak mocno nie ściska. A uwierz mi, że ścisnąć to on umie.
Gdy dziewczyna poluzowała uchwyt Kaśka odsunęła ją od siebie, obrzuciła wzrokiem całą postać, zerknęła na jej twarz ozdobioną niewielkim tatuażem i spojrzawszy w oczy oznajmiła:
- No, Dżesika. Skobieciałaś. Kawał zdrowej dupy z ciebie.
- Już nie Dżesika. Dżesika została tam gdzieś, w rynsztoku, czy też w ćpuńskim szambie. Teraz, po nowicjacie to ja jestem Gaja.
- Rozumiem. To w ramach rewanżu odpuść sobie tą panią.
- To jak ma być?
- Kaśka i tyle.
Obie odeszły na bok mocno roztrajkotane. Anita chwilę patrzyła za nimi, po czym patrząc na Roxy i Zirę oświadczyła:
- Znam Kaśkę jakieś prawie pięć lat dopiero, ale zdążyłam dobrze ją już poznać. Jednak tak wzruszonej to ja nie widziałam jej nigdy. Dobrze Zirka, co dalej? Co robimy teraz?
- Umiesz na quadzie?
- Ja umiem.
Wtrąciła Roxy.
- To my z Nitą zaparkujemy ten wasz czołg, a ty jedź za nami.
- A co z nimi?
- Może je zostawmy? Wygląda na to, że świetnie się bawią ze sobą. Tylko nie wiem, co na to wasze procedury.
- Tym się nie zajmuj. Gaja dostała wolne do waszego wyjazdu, taką jakby przepustkę mówiąc popularnie, może robić co chce, nic nie musi. Ma tylko zok.
- Gaja? Gajka, Gajeczka. Nawet fajnie brzmi. A czemu ma ten zok? Coś przeskrobała? Tak tylko pytam, z turystycznej ciekawości.
- Dostanie jeszcze jedno imię, ale dopiero jak już wejdzie do Sześciokręgu. Zok ma dlatego, że jest dla nas zbyt cenna, a za mało jeszcze umie. Ale to są już detale naszej wiary, nie musi was to ciekawić za bardzo.
Nita szybko przejęła piłkę:
- Po co tu przyjechałam, to akurat wiesz. Ale tak poza tym, to wszystko mnie ciekawi, co tu zobaczę. Na razie jednak, to mnie interesuje jakaś łazienka plus jakiś podkurek, bo ostatnio tak się jakoś porobiło, że jako kobieta przy nadziei więcej zaczęłam jadać.
Wieczór cała piątka spędziła w miejscowym ni to barze, ni to bufecie. Zakon Benges miewał czasami gości, zwykle byli to okoliczni sąsiedzi, z którymi prowadzono jakieś interesy, więc obcy nie byli tu żadnym ewenementem. Ale trzy wiedźmy w towarzystwie bez wątpienia ważnej tu osoby, jaką była Zira budziły pewne zainteresowanie, aczkolwiek, jak zauważyła Anita, bardzo dyskretnie okazywane. Zaś na pokój, który im wyznaczono na kwaterę nie miały one najmniejszego powodu narzekać. Tylko zanim już tam dotarły, Gaja spytała Kaśki:
- Chcesz obejrzeć nasz poranny trening?
- Obejrzeć? Ja chcę sobie z wami poćwiczyć.
Gdy rano Anita i Roxy się obudziły ujrzały Kaśkę owiniętą ręcznikiem wychodzącą z łazienki.
- Hey cipki, widziała tu któraś jakąś suszarkę do włosów?
- To nie idziesz na ten swój trening?
- Już wróciłam.
- To o której ty wstałaś?
- Tak, jak tu się wstaje. Jeszcze przed kurami.
Roxy pokręciła głową.
- Ja rozumiem, że kto rano wstaje i tak dalej, sama to popieram, ale kto aż tak rano wstaje, ten jest po prostu psychopatą.
Anita mruknęła pojednawczo:
- Daj jej spokój. Nasza Kasia nigdy, przenigdy nie mówiła, że nie jest pierdolnięta.
Ale Kaśka sięgając po majtki przerwała ten dialog:
- Dziewczyny, wy naprawdę nie wiecie, gdzie jesteście. Tu jest naprawdę klasztor, a klasztory mają to do siebie, że ma być psychopatycznie. Żebyście widziały, jak te laski tu zapierdalają. Kompanię komandosek mogą sformować. Dawno już tak porządnie nie dostałam w pizdę. A to była grupa początkująca. Tak Gajka mówiła. Ale tego mi było trzeba, takiego właśnie napędu. Jak mi przejdą zakwasy, których się zaniedługo spodziewam.
- Biedny ten Adaśko będzie, jak wrócisz do domu. Wieczorem go zamarudzisz na śmierć, a rano zaruchasz. Też na śmierć.
Wtrąciła Roxy, zaś Anita dodała:
- Ty czekaj. Skoro one tak ostro ćwiczą, jak w tym klasztorze szijałocośtam, to ty sobie Ruda pomyśl, jak one muszą czarować. Wiotkie piczki jesteśmy przy nich.
Ale Ruda zaoponowała:
- Bez przesady. Krzepkie ciało nie musi iść w parze z krzepą umysłu. Tak, Kasieńko? Dobrze snuję swą światłą myśl?
Maczeta nagle przerwała proces ubierania się.
- Może. Choć do niektórych zaklęć też trzeba mieć porządną formę. Ale dlaczego teraz tak się dziwnie na mnie patrzysz?
- Nie dziwnie, tylko z podziwem. Pierwsza!
Mówiąc to Anita wyskoczyła z łóżka i potuptała do łazienki. Za to kompletnie już ubrana Kaśka oświadczyła Roxy, że:
- Spotkałam Zirę, powiedziała, że zjawi się tu u was za jakąś godzinę, tak mniej więcej. Chyba się już wyklujecie do tego czasu? Bo ja teraz idę się gościć.
- Gdzie się idziesz gościć?
- Senseika mnie zaprosiła na śniadanie.
- Sensykto?
- Sabumka inaczej.
- Możesz po ludzku?
- No, główna szefowa od naparzania się i całego wuefu tutaj.
- Rozumiem. To sobie pogadacie. Jak fachurzyca z fachurzycą.
Tak też się wszystko stało. Kaśka spędziła nieco czasu na proszonym śniadaniu, zaś potem Gaja zabrała ją na zwiedzanie wioski. Znaczy tych miejsc, gdzie wolno było zajrzeć gościom. Za to Anita i Roxy zostały zaprowadzone do centrum medycznego, gdzie Nita mogła zajrzeć wszędzie, gdzie chciała i pogadać z kim tylko będzie chciała.
Jako, że potem nie zadziało się nic godnego zbyt wytężonej uwagi, to przeskoczmy do auta, którym cała czwórka wracała już do miasta. Czwórka, bo jak pamiętamy Anita zaprosiła Zirę do siebie, aby ta mogła wziąć udział w kwartalnym sabacie, przy okazji też odświeżyć dawne kontakty z Ciocią Lalą, która kiedyś tam gościła w wiosce Benges. Jechały już jednak prawidłowym szlakiem, począwszy od pięknej, szerokiej, szutrowej drogi. 
Tu przy okazji nadmieńmy, że zakon czarownic Benges był kiedyś skrajnie hermetyczny, właściwie zapomniany nawet wśród innych wiedźm. Ale potem uznano tam, że nie ma to za bardzo sensu, że nie służy to dobru zakonu, więc owa hermetyczność stała się jakby bardziej elastyczna. Stąd też się wzięły takie mniszki, jak Zira, bardzo wysoko zresztą stojąca w hierarchii, która to więcej bywa na wyjazdach, niż siedzi na dupie w swojej własnej wiosce. Teraz zaś słuchała, jak cała trójka wymienia się wrażeniami z wycieczki, wreszcie Anita oznajmiła:
- Wszystko fajnie, ale jednego mi jakby brakuje. Nie poznałyśmy głównych szefowych tego całego zamieszania. Czemu tak się stało? Zirka, opowiesz nam coś?
- Nie do końca. Z jedną Matką Przełożoną jadłyście nawet wczoraj kolację przy jednym stole. Nawet podała którejś z was sól, czy jakąś inną musztardę.
- Nie wygłupiaj się. Tam siedziało kilka sióstr, ale która to była? Żadna jakoś mi nie wyglądała na jakąś wyższą szyszkę.
- A jak według ciebie Niteczko powinna wyglądać Matka Przełożona? Ubieramy się wszystkie tak samo, nawet bieliznę nosimy identyczną. Może poznasz taką po wieku? Chyba nie chcesz mnie totalnie rozśmieszyć. Wiesz, że powyżej trzydziestki można zapomnieć o takich sprawach. Sama niedawno skończyłaś, potem przestaniesz już liczyć. Ile wasza Ciocia Lala ma lat? Tysiąc, jak się orientuję, więc ty za rok też będziesz tyle miała.
- Mam!
Wrzasnęła nagle Roxy.
- Co masz?
- Dziary. Tatuaże, znaczy się. To chyba oznaka rangi, jakiegoś stopnia w waszej hierarchii. Tobie akurat przybyło, od czasu jak cię spotkałam rok temu. Więc pewnie jakoś tam awansowałaś. Więc tak sobie pomyślałam, że twarz Matki Przełożonej powinna być jak komiks gęstym drukiem. Tak swoją drogą, to jak wy to robicie, że wcale was to nie szpeci?
- Kwestia gustu. No, ale też kwestia wyczucia estetycznego, gdy się taki tatuaż wzbogaca. Ale faktycznie, Matki Przełożone, jest ich trójka, mają ich najwięcej. Tylko zapomniałaś o jednej rzeczy.
- Metamorfo?
To rzuciła jakby od niechcenia Kaśka.
- Brawo Piękna! Jakież to proste. Matka Przełożona użyła takiego zaklęcia metamorfo, przez które się nie przebije wzrok nawet takich masterek, jak wy. Przysiadła się do was, bo chciała was sobie obejrzeć. Potem poszła do siebie. Podczas weekendów Matki Przełożone są nieosiągalne. Do ich lokum też nikt wtedy nie ma dostępu. To jest nie do przeskoczenia, na pewno nie przez nas. Tak więc nie bierzcie tego osobiście, po prostu miałyście pecha, było przyjechać innego dnia.
- To mnie się pewnie jeszcze trafi.
Odparła Kaśka i dokończyła:
- Bo ja tam jeszcze wrócę.
- Tak, doładowywać akumulatory co jakiś czas. Znam treść tej umowy. Ja tam jestem za, ale chyba najbardziej za będzie Gaja. Nawet nie wiesz, jak ona jest ci wdzięczna za wyrwanie z czarnej, śmierdzącej dupy.
- Kasia już taka jest. Co jakiś czas upatruje sobie taką bidę, po czym steruje ją na czyste wody.
To rzuciła Anita, zaś Roxy zapytała:
- Mam jeszcze taki drobiazg. Wieś jest po prostu normalna, jak zdążyłam zauważyć. Może tylko taka różnica, że więcej jest aktywnych sióstr, nawet mocno więcej. Jak któraś się urodzi, to zawsze od razu wykryjecie, że ma moc. Ale co z chłopakami? Magów u was nie ma. A przecież to jest nieprzewidywalne. Co się dzieje, jak taki się pojawi?
- Nie wiem, czy chcesz to wiedzieć.
- Ujujuj, fatalnie to zabrzmiało.
- Dlatego właśnie muszę wam to powiedzieć.
- A ja nie wiem, czy chcę tego słuchać.
Wtrąciła nagle Anita.
- Więc tym bardziej muszę. Tak naprawdę, to nic tragicznego się wtedy nie dzieje. Po prostu wygaszamy dziecku tą moc.
- Przecież to niemożliwe.
- W tak wczesnym wieku jest to możliwe. Ale trzeba przyznać, że pracochłonne, robota dla kilku sióstr na kilka małych sabatów. Kiedyś, dawno temu robiło się inaczej. Po prostu udawało się, że nic się nie dzieje, chłopak zostawał kryptem. Ale prędzej czy później zawsze jakaś zupa się wylewała, po czym robiła się chryja na pół zakonu.
- Kojarzy mi się z kastracją, nie wiedzieć czemu.
- Anitko, czy twój Borek ma moc?
- Ma pewną mutację, ale to już jest zupełnie osobna sprawa. Magicznej mocy to on na pewno nie ma. Nie jest magiem, ani nawet kryptem.
- To źle ci się kojarzy. Bo przecież nie uważasz go za eunucha, nie traktujesz go jako takiego, nieprawdaż? Jest pełnowartościowym facetem, tak?
W tym to momencie Roxy parsknęła głośnym śmiechem. Zdjęła dłoń z kierownicy i czule poklepała siedzącą obok Anitę po brzuchu. Dodała też przy tym:
- Borek jest bardzo pełnowartościowy, wszystko na to wskazuje.
Wspólny, chóralny rechot rozbrzmiał tak głośno, że być może nawet kierowca wyprzedzanego auta mógł go usłyszeć. Zdawać by się mogło, że niezbyt ciekawy temat znikł, ale nagle odezwała się Kaśka, jakby jej było mało:
- A co, jeśli matka się nie zgodzi?
- Nic na siłę. Dostaje taka nieco czasu do namysłu, a gdy nie zmieni zdania musi opuścić zakon. Tylko żeby nie było. Nie zostawiamy takiej samej, może liczyć na mocną pomoc zakonu, poza tym to dziecko ma przecież jakiegoś ojca, albo ktoś się może poczuwać. Przecież ona wciąż jest siostrą, tyle tylko, że już nie jest siostrą Benges.
- A tatuaż?
- Kasiu. Daj spokój. To ogarniamy bezboleśnie od ręki.
Zira przerwała, ale tylko na ułamek sekundy:
- Nitka, czas na twoją puentę. Podobało się?
- Podobało się. Tak Ruda? Podobało się?
- No.
- To co teraz? Jakieś refleksje?
- Zirka, ja mam jeszcze około pół roku czasu.
- Ale wiesz, miejsce trzeba zarezerwować...
- Czyś ty zgłupiała? Przecież ty i tak mi ogarniesz to miejsce na poczekaniu. Siostro. Tak? No, ale niech ci będzie. Niech będzie, że prawie się zdecydowałam. Rozwalę się w dumie zakonu Benges.
Czarownice powoli zajęły się lżejszymi tematami, a tymczasem na horyzoncie powoli zaczęły się pojawiać światła wielkiego miasta.
A teraz przeskoczmy do chwili z grubsza obecnej, konkretnie zaś do Oktagonu. Jest okres poświąteczny, klub nie działa już na ćwierć gwizdka, stopniowo zapełnia się ludźmi, zaś na dużej sali stoi Kaśka plus czwórka Neonówek.
- Hey harcerzyki, cieszę się, że was widzę.
Pozytywny pomruk.
- Mam dwa pytania na wstępie. Ile wam w dupach przybyło?
Śmiech.
- Spokojnie, zajmiemy się tym skrupulatnie. Drugie pytanie, gdzie jest ta piąta, no, jak jej tam było. Sabena. Dalej chora?
- Nie ma Sabeny. Już zdrowa, ale już jej nie będzie.
- Czyli?
- Wyjechała.
- Daleko?
- Dość daleko. Ojciec jej ogarnął jakąś robotę. Podobno nawet dość ambitną, nie żadne tam zwywanie garów. Nic więcej nie wiem na ten temat.
- To nam wystarczy. Rozgrzejcie się szybko same, potem idziemy na wory, ja pójdę spojrzeć, żeby nikt nam nagle czegoś nie zajął.
Trening Kaśka zaaplikowała swoim zawodniczkom nader okrutny. Znajomy bokser, który jakby od niechcenia obijał worek w kącie sali aż przerwał swoje zajęcie aby się dokładniej przyjrzec sytuacji. Wreszcie podszedł do Maczety i oznajmił:
- Ale rzeźnia. Widzę, że Piękna jest dziś w ostrym sztosie.
Piękna machnęła tylko ręką, tak jakby odganiała muchę.
- Pracuję. Nie rozpraszaj mnie. Idź rób swoje.
Wreszcie spojrzała na telefon.
- Dobrze. Wystarczy na dziś. Jeszcze nieco burpeesów na koniec, aż powiem już. Żebyście sobie nie myślały, że ćwiczycie taichi.
Gdy minęło kilka minut rzuciła:
- Już. Wynocha i widzimy się pojutrze o tej samej porze.
- Tu, czy na sali?
- Na sali. Zosiu poczekaj chwilę.
Kaśka objęła Yakuzę ramieniem i odeszły razem na bok sali.
- Chcesz powalczyć za jakieś trzy tygodnie?
- Co to ma być?
- Są dwie opcje. Zwykły boks, albo tajski. Muszę wiedzieć do jutra, co wybierasz. Raz, że taki mam termin zgłoszenia cię, a dwa, to muszę wiedzieć, jak cię ustawiać.
- Ile można trafić?
- Na razie się jeszcze negocjuje. Nie będą to jednak powalające sumy, w obu wariantach. Ale od czegoś przecież musisz znowu zacząć. Prześpij się dobrze z tym tematem i jutro zadzwoń do mnie tak około dwunastej.
- Dobrze.
- Aha. Uważaj w interesach na tej dzielnicy. Coś się kroi, najlepiej ten rejon sobie odpuść na pewien czas. Bo jak się pośliźniesz, to ja cię nie zdążę tak szybko wydłubać z gówna.
- Dzięki.
Obie wyszły z sali. Yakuza poszła prosto do szatni, zaś Kaśka maszerowała do puszystej pani siedzącej na krześle na korytarzu obdarzając ją uroczym uśmiechem.
- Dzień dobry pani Malwino. Jak upłynęły święta?
- A dziękuję pani Kasiu, pomaleńku.
- Dużo było jedzone?
- Według rozpiski pani dietetyk.
- Bo wie pani, to ona rządzi. Ja tylko pomagam, sama cudu nie zrobię w pani sprawie.
- Wiem, wiem, pani Kasiu. Wszystko było jak należy.
- No, to chodźmy. Popracujemy sobie trochę, pogadamy.
Obie panie ruszyły korytarzem do wyznaczonej sali.