15 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.5/

- Jak mieszkałam w wiosce Benges, to chodziłyśmy z innymi dzieciakami na takie wyschnięte torfowisko. Jak się dziubało glebę jakimś ostrym patykiem, czy innym szpikulcem, to syczało. To były takie właśnie bąble gazu po ziemią.
Opowiedziała szybko Mala, na co dodała Kaśka:
- Ja też tam byłam kiedyś. Gajka mnie raz zaprowadziła, jak pojechałam do Benges poćwiczyć. Ciekawe miejsce w ogóle, siostrzyczki kopią tam sobie torf na opał, nawóz, czy do alchemii.
Wtedy włączyła się Roxy:
- I o tym właśnie mówił Misiek, jak obejrzał te fotki. Że tam pod głazem był taki wielki bąbel gazu. Niespotykana sprawa, jak na nasze rejony. Taki wielki. Podniosło się ciśnienie i wysadziło.
- Ale że taki wybuch...
Zaczęła Malina, ale Ruda jej przerwała:
- Nie taki wybuch, jak myślisz. Fajerwerków nie było. 
- No, ale przecież gaz...
- Gaz gazu nierówny. Misiek mówił, że w takich bąblach jest albo metan, albo dwutlenek węgla. Do wybuchu metanu musi być kontakt z powietrzem, tlenem i jakiś zapłon, iskra. A dwutlenku nie zapalisz, choćbyś się zesrała. Nie miałaś chemii w szkole?
Tu znowu odezwała się Mala:
- To wszystko powinno być w necie, w wiadomościach, chociaż lokalnych. Skoro to taki ewenement. Rano, gdy tam byłam, to trochę ludzi się kręciło. Oglądali, wydziwiali. Ale teraz powiem wam najważniejsze. Bo wcześniej nie miałam kiedy.
- Zamieniam się w ucho.
Rzuciła Anita plasując Ośkę do nosidełka.
- Bo tam też kręcił się taki wujek. Starszy pan z fajką, w czapce uszance i ciuchach z demobilu. Taki gajowy Marucha, wiecie.
- To pan Hieronim. Znam go, mieszka trzy domy dalej ode mnie. Wieczny emeryt. Był już na emeryturze zanim ja poszłam do szkoły. Mówili o nim, że on tak ma od dziecka. Zamiast szkoły ukończył tylko szybki, korespondencyjny kurs dla emerytów, a po takim kursie już nic nie trzeba robić. Też tak chciałam pamiętam. Tylko namiarów nikt mi nie chciał dać.
- Co chcesz? Bardzo miły jegomość. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Powiedział mi, że on był przy tym, jak ten bąbel pierdyknął. Wcale nie było głośno, tylko tak głucho coś mlasło. 
- Lubiał łazić po nocy.
Wtrąciła Malina, ale Mala zaoponowała:
- Właśnie nie do końca po nocy. Myśmy skończyły koło drugiej, a on poszedł do parku koło czwartej. Mówi, że on tak lubi, bo wtedy najczystsze powietrze.
- Bo to akurat prawda. Ja czasem lubię biegać o tej porze.
Rzuciła Kaśka, ale Mala mówiła dalej:
- To on mówi, że sobie chodził, potem usiadł na ławce, odsiedział swoje, wypykał trochę faji i nagle coś mlasło. Ja tylko referuję jego słowa. Ale co to oznacza, moje panie? To wygląda na to, że to właściwie nie my.
- Że co nie my?
Spytała Malina.
- Że myśmy tej dziury nie spowodowały.
Ruda od razu przyszła Turbinie w sukurs.
- To się trzyma kupy. Misiek mi tłumaczył, że taki bąbel nie pojawia się nagle, tylko wzbiera setki, nawet tysiące lat, zwłaszcza jeśli taki wielki. Ciśnienie w nim rośnie powoli, bardzo powoli. W końcu jest takie wysokie, że samo wywala, kwestia tylko czasu.
- Nasz ekran mógł tylko to przyspieszyć.
Odezwała się Anita.
- Ale też nie na pewno. To są tak drobne wibracje przy jego tworzeniu, że właściwie pomijalne. Kwantowy rząd wielkości.
Wtedy spytała Malina:
- No, a moc? Gdzie się podziała moc tego miejsca?
- Lalka, nie kompromituj się. To są podstawy teorii magii. Moc jest zawsze w czymś. Ta akurat była w gazie. Gaz się rozpirzgnął dookoła, to i moc się rozpigrzła.
Zapadła chwila ciszy, wreszcie odezwała się Kaśka:
- A jaka jest puenta tej całej akcji?
- Puenta jest taka, że dopóki tego nie ogarną, nie zasypią, to ja przez jakiś czas będę dymać z wózkiem naokoło do dalszego wejścia. Bo na razie ten kawałek parku będzie ogrodzony, wyłączony z użytku. Mam nadzieję, że szybko to zrobią, bo ciągle ktoś tam będzie wpadać do tego dołu.
EPILOG
W rzeczywistości Anita wcale nie dymała z żadnym wózkiem naokoło do żadnego dalszego wejścia, tylko przez parę tygodni brała Ośkę do auta i razem eksplorowały inne tereny zielone na mieście. Czasem też poza miastem. Tak to tłumaczyła Borkowi:
- Jakoś oko mnie boli, jak pomyślę o patrzeniu na te barierki i jak się będą pieprzyć z robotą przy zasypywaniu. Nasza Mala by to zrobiła sama w jeden dzień. Dać jej tylko koparkę i wywrotkę. I na koniec Adaśka do ustawienia kamienia na swoje miejsce.
Borek jednak trochę marudził:
- No tak, pani logistyk jest na macierzyńskim, więc raczej nie jest na bieżąco z cenami paliwa ostatnimi czasy.
- Ja dziecku paliwa nie żałuję. Niech zwiedza świat, póki to paliwo jeszcze w ogóle jest. Jak będzie na kartki, to się będziemy martwić. Ale ty realizuj spacery z Osią po swojemu, ja cię nie zmuszam. Nawet dobrze, będziesz mi relacjonował przebieg prac ziemnych na obiekcie.
Anita, choć nie jest wróżką, bo wróżek nie ma, dobrze przewidziała przebieg wypadków następnych dni. Następnego dnia, w piątek, na front robót przywieziono tylko toitoikę. Potem był weekend, potem murarski poniedziałek, zaś we wtorek zwalono do dziury raptem dwie wywrotki jakiegoś gruzu. We środę zepsuła się wywrotka, a drugiej firma wynajęta przez miasto po prostu nie miała. Zaś kolejnego dnia...
Tak więc upłynęło w sumie jakieś ponad trzy tygodnie, gdy Borek po powrocie ze spaceru z Osią mógł wreszcie zameldować Anicie, że dziury nie ma, barierek nie ma, więc to wejście, co trzeba jest udrożnione. Więc nie trzeba dymać naokoło.
- A kamień?
- Też na swoim miejscu, choć tak jakby odrobinę krzywo. Tylko tabliczki z patronem nie ma, bo słyszałem, że są jakieś tarcia między miastem i dzielnicą o tego patrona, więc na razie wakat.
- To fajnie, bo mamy gościa, zanocuje dziś u nas, a jutro się wybierzemy wszyscy razem na spacerek. A patrona pieprzyć. Po najbliższych wyborach będzie jakiś jeszcze nowszy.
Gościem okazała się być Zira, wiedźma Benges, dobra kumpela Nity, która właśnie chciała zobaczyć miejsce mocy. Czy raczej po mocy. Poszli więc owego jutra, tak po lunchu, znaczy troje poszło, Osia pojechała. Teren wyglądał jeszcze surowo, dopiero co splantowany, utwardzony, żadnej trawy też jeszcze nie posiano. 
- Aha. To tu była ta moc, co gnębiła twoje maleństwo?
- Była, ale się zmyła.
- Ale coś tu jeszcze czuję.
- To moje zaklęcie ekranujące. Już niepotrzebne. Ale niech sobie będzie. Nikomu nie przeszkadza. Początkujące siostry mogą sobie ćwiczyć jego odczynianie, a z czasem wywietrzeje.
I tu się kończy sprawa tajemniczej mocy pod bambulem. Może mało efektownie, ale tak się kończy większość różnych spraw...

11 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.4/

Dysonans poznawczy to jest takie uczucie, przeważnie niezbyt miłe, którego człowiek doznaje, gdy jego iluzja tego, jak ma być spotyka to, co jest. Anita oprócz czarów uprawia także zen. Zen jako taki nie ma żadnego celu, są tylko skutki uboczne praktyki tegoż, zaś jednym z nich jest nieraz to, że rzadziej tworzymy sobie iluzje, więc rzadziej doświadczamy owego dysonansu. Tak też ma Anita, tym razem jednak doznała go, gdy zobaczyła coś, czego na pewno się nie spodziewała. Za sprawą jednak innego skutku ubocznego zen szybko się ogarnęła, po czym sięgnęła po telefon, który jak sama nazwa wskazuje służy też do robienia fotek. Po kilku zaś minutach podeszła do ławki, na której siedział Borek konwersujący z Ośką, a na jej widok zapytał:
- No, i co tam się dzieje? Co tam jest?
- Tam nic nie jest.
- Jak to?
- W pewnym sensie. Idź sobie zresztą sam zobacz. Fotki zrobiłam, jakby co, żeby nie było, ale co na żywo, to na żywo. Ma dupa nogi? A ja tu posiedzę z małą. Odstresuję się trochę.
- Aha, czyli ma być stres?
- Oj, nie marudź już mi tu. 
Więc Borek poszedł i zobaczył. Oraz nie zobaczył. Nie zobaczył przede wszystkim głazu na swoim miejscu. Głaz jednak nie zniknął, tylko był parę metrów dalej. Leżał w nieco innej pozycji, niż dotychczas, niejako na swoim boku. Na swoim miejscu nie mógł zresztą przebywać, bo tego miejsca nie było. Zamiast niego ział wielki dół, dziura, wyrwa w terenie. Aczkolwiek nie czeluść, bo gdy tata Ośki wychylił się, aby zerknąć głębiej dno było widoczne.
- No, i co ty sobie o tym myślisz?
Spytała Anita, gdy Borek wrócił do ławeczki.
- Co myślę? Myślę, że Kalenusjanie przylecieli i buchnęli grubą próbkę gruntu do badań. Takim wysięgnikiem jakimś odgórnym podsiębiernym. Bo innego pomysła na tą sytuację nie mam.
Anita uniosła brwi, ale zanim otworzyła usta usłyszała:
- Bo zobacz sama jak to wygląda. To nie jest lej po bombie, czy jakimś meteorze, to nie jest krater jak po wybuchu od środka.
- A czemu tak?
- A temu tak, że nie ma zwałów ziemi dookoła. Są tylko jakieś rozbryzgi darni, nic poza tym. Tam brakuje kilku dobrych wywrotek gleby do równego rachunku, jakieś dwa kontenery najmarniej. Ludzie tego nie wykopali i nie wywieźli. Bo niby kiedy? A śladów też żadnych nie ma. Czyli wzięło i znikło, jak rower spod sklepu.
- Ale nie patrz tak teraz na mnie. Myśmy tego nie zniknęły, tak magia realna nie działa. Tak znikają tylko słonie ze sceny. Kwestia tylko dobrej zapadni. Tu jakoś nie widać żadnej zapadni.
- Czekaj Pupcia. To co wyście właściwie uczarowały?
- Ekran, zaporę dla mocy pod kamieniem. I ten ekran jest, czyli zaklęcie wyszło dobrze. Tylko, że tej mocy już tam nie ma. A tego w planie nie było.
- Wyślij może te fotki Miśkowi. On to lepiej rozkmini.
- A co ja teraz robię? Przecież pizzy nie zamawiam.
Bo Anita gadając z Borkiem szmyrała też palcem po telefonie.
Fotki zostały wysłane także czwórce pozostałych wiedźm, po czym temat został podjęty następnego dnia w Pleciudze. Bo to czwartek akurat był. Kompletu jeszcze nie było przy stoliku, brakowało Roxy, ale Mala zdążyła już powiedzieć swoje:
- Byłam tam dziś rano. Akurat kogoś wyciągali z tego dołu.
- Aha, czyli nie upilnowali terenu jak trzeba i jakiś pijaczek zdążył już tam wpaść po nocy.
Wtrąciła Malina, co skomentowała Kaśka:
- Było nie chlać i patrzeć pod nogi.
Ale Mala kontynuowała dalej:
- To się po prostu nie da wykopać takiego dołu, wywieźć ziemi i nie zostawić śladów. I to tak szybko. Coś ostatnio wiem na ten temat.
- Skąd wiesz? Na uczelni to masz?
Spytała szybko Anita skupiona do tej pory na trzymanej na rękach Ośce spożywającej posiłek. Ale odpowiedziała nagle Kaśka:
- Nie na uczelni. Budujemy nowy budynek klubowy. Jesteśmy na etapie fundamentów, prac ziemnych, a Młoda to nadzoruje. To musi się orientować w temacie.
- Tam nie było żadnych prac ziemnych.
Zabrała nagle głos Roxy, która nagle zjawiła się przy stoliku i która moszcząc się na krzesełku dodała uzupełniająco:
- Już wszystko wiem, Misiek mi to wyjaśnił. Fachowo.
- To co tam kurwa było?
Spytała Malina, na co zareagowała Anita.
- Lalka, dziecko je. Je, słucha i uczy się. A potem, jak nabluzga pani w szkole to będzie na mnie. Że z mlekiem matki wyssane.
- Jakie ciotki, takie siostrzenice.
Wtrąciła Kaśka, po czym dodała:
- No dobrze, to co tam było bez kurwy?
- Co tam było? Tam nic nie było.
Odparła Roxy, na co znowu zareagowała Anita:
- Tyle to ja już wczoraj widziałam. Znaczy nie widziałam.
- Ty widziałaś co było potem, a Misiek wyjaśnił, co było przedtem. Nie, czekajcie, to nie chodzi o to, że wcale nic nie było, tylko że ziemi nie było. Ale było coś innego.
- To co w końcu było?
- Bąbel.
- Co?
- Bąbel. Bańka. Pęcherz taki.
- Jaki znowu pęcherz?
Nastała chwila ciszy, wreszcie odezwała się Mala.
- Chyba już rozumiem.
Co rozumiała Mala? Jej zdaniem, do tego chyba.
O tym w następnej, chyba już ostatniej części.

09 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.3/

- Czekaj chwilę, muszę iść oko poprawić.
Roxy spojrzała za Anitą odchodzącą korytarzem galerii, a potem bawiąc się stopką wegańskiego, bionaturalnego, ekologicznego, bezalkoholowego adwokata zero mruknęła do siebie:
- Kieliszeczku powiedz przecie, czyśmy nie
 najsłodsze na świecie?
A gdy jej psiapsia wróciła podjęła temat:
- Tak, to nie jest nasz styl. Nie lubimy chodzić naokoło, więc skoro najbliższe wejście jest zamknięte, to trzeba je jakoś udrożnić. Co prawda Ciocia Lala uczyła nas, że gdy trzeba coś zrobić, to nieźle jest się temu przyjrzeć jeszcze raz, bo może nic nie trzeba robić...
- To tu akurat to nie ma zastosowania.
Wpadła jej w słowo Anita dokańczając:
- Ja nie będę czekać, aż Ośka podrośnie na tyle, żeby ta moc pod kamieniem nie robiła jej już takiego kuku, jak robi.
- Dobrze, tylko jeszcze nie powiedziałaś mi, co chcesz zrobić. Nie licząc amuletu, bo to już omówiłyśmy, że trochę miśkowiej wiedzy geomantycznej przyda się do tego. A wiesz...
Tu Ruda ożywiła się nagle.
- A wiesz, ja też mam pomysł. Tylko do tego nie Misiek by się przydał, tylko Adaśko z wielkim szpadlem. Albo jeszcze lepiej Mala na koparce. Ona umie obsługiwać wszystkie takie dziwne pojazdy.
- To może na czołgu, takim podziemnym, rozstrzela to całe coś i po krzyku. Nie Ruda, nie, żadnego kopania. Taka akcja zrobi swetes na pół dzielnicy. A potem co z tym zrobisz, jak już wykopiesz? Wsadzisz do dżinodzbanka i wstawisz do kredensu?
- Żartowałam. To jaki w końcu jest ten twój pomysł?
- Chcę to zaekranować. Tak, jak my się czasami ekranujemy, żeby nie ujawniać mocy dookoła. Tak działa też zresztą wspomniany dżinodzbanek. Albo jak stawiamy kopułę niewidkę. Mechanizm zaklęcia powinien być podobny. Bo z amuletem to może być koronkowa robota, dla dzieciaka szczególnie. A tak, postawię ekran na kilka lat, potem może Ośce spadnie już wrażliwość, a jak nie, to się powtórzy.
- Kiedy chcesz to zrobić?
- Na kwartalnym sabacie, podczas równonocy. Ty mi pomożesz, dziewczyny wesprą swoimi mocami i pozamiatane. Ile Misiek zechce za konsultację geomantyczną?
- Weź! Spróbowałby coś od ciebie wziąć. Ty mu Ziele dajesz za darmo, więc jakby mógł czegoś rościć? Poza tym ja też mam coś do powiedzenia w tej kwestii.
- Z Zielem to ja po prostu jestem oldskulowa. Ja mam Ziele tylko dla przyjaciół, na prezenty, na poczęstunki. Żadnych handlów. Zosia Yakuza niech sobie handluje, bo to jest jej praca. Drugi etat obok spuszczania oklepu innym panienkom na ringu, czy w klatce.  A ja uprawiam tylko hobbystycznie.
- No, a właśnie, jak w tym roku ci obrodziło?
- Przecież wiesz, że na zewnątrz nic nie siałam w tym roku. Tylko tyle, co w zielniku parę krzaków. Za to Kaśka zebrała rekordowe plony. Jak nigdy dotąd.
- Wiem, przecież już coś pod niej dostałam. Naprawdę niezłe.
- Ja sobie poczekam, aż skończę Ośkę karmić. Nie spieszy mi się.
Tym się właśnie różnie Ziele od narkotyków, takich jak alkohol na ten przykład, że prawie nikt nie dostaje małpiego rozumu mając perspektywę, czy okazję użycia go.
Anita tak zrobiła, jak zaplanowała. Najpierw zajrzała z Miśkiem do parku na oględziny kamienia i jego okolic. On coś tam pobadał, pomierzył, ona zapisała skrzętnie wszelkie uwagi, po czym w noc równonocy jesiennej całe pięć czarownic wykonało sabat, zdalnie u Anity w domu w jej pracowni. Pora była ciekawa, pierwsza zero sześć po północy, wtedy była kulminacja astronomiczna. 
Za to rano Nita oznajmiła Borkowi:
- Słodziaczku brylantowy. Dziś po pracy wróć od razu do domu, bardzo, bardzo ładnie cię proszę. Zrobimy razem spacerek z Osią do parku. Chcę zobaczyć, co zostało zmajstrowane, czy wszystko poszło jak należy.
Zaś po południu pierwszy dzień Jesieni był przyjazny pogodowo. Gdy cała trójka podchodziła do wejścia do parku Anita zarządziła co następuje:
- Ty się przejdź z Osią do tamtego wejścia, a ja tędy... Ożesz!
- Co jest?
- Nie widzisz? Taśmę założyli i strażnik miejski pilnuje. Ale nic to, ja się przemknę jakoś, a ty idź jak mówiłam. Spotkamy się przy tej ławce, co zawsze siadamy.
Borek odszedł z wózkiem z zaokrętowaną nań Ośką, zaś Anita podeszła spokojnie do wejścia. Rzuciła chwilowy, szybki urok na strażnika, uniosła taśmę aby pod nią przejść, a mundurowemu oznajmiła w przelocie informacyjnie:
- Służbowo.
Kilka metrów stała grupka ludzi, obok zaś parę samochodów mających oznaczenia różnych służb miejskich. Stojący zasłaniali widok na głaz, więc wiedźma podeszła bliżej, minęła wszystkich, po czym spojrzała na kluczowe, interesujące ją miejsce. Wtedy wyartykułowała jak następuje:
- O bulwa! Co to w ogóle jest?
Co takiego zobaczyła Anita? Co zrobiło na niej takie wrażenie?
O tym będzie już w następnej części.

05 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.2/

Osia grzecznie poddawała się przeglądowi wykonywanemu przez tatę, którego siedząca na ławce mama zapytała nagle:
- Słodziak, ty wiesz, co to tam jest? Mijaliśmy właśnie.
- Gdzie? Aha, tam. Wiem. Bambul, głaz narzutowy. Tak sobie myślę, co robi ten bambul. Ten bambul zapewne odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Nie można też wykluczyć, że otwiera oczy niedowiarkom.
- Otwiera, ale buzię do krzyku naszemu dziecku. A raczej to, co pod nim jest. Co do tych potrzeb, to po każdych wyborach do władz dzielnicy ma innego patrona, ale to nas akurat najmniej interesuje.
- A co nas najbardziej interesuje?
- Chodź, zrobimy rundkę po obiekcie, bo Osia potem powie, że wyrodni rodzice wożenia jej żałowali za młodu. A ja ci opowiem za to, o co w tym bambulu się rozchodzi.
Gdy ruszyli Anita wzięła głęboki oddech, co jak wiemy oznaczało zakaz przerywania jej wypowiedzi, po czym wypowiedziała się:
- Pewnie słyszałeś o miejscach mocy na Ziemi. Jest ich sporo, niektóre dość znane, choć połowa z nich jest akurat fikcyjna, urojona. Po prostu fama ma przyciągać turystów i pielgrzymów, za to oni mają tam wydawać dutki. Ale jest jeszcze całe mnóstwo mniejszych miejsc, prawie nikomu nieznanych. W witchnecie jest mapka, tylko niedokładna, a ja mam lepszą, całego kraju. Od Ziry dostałam, tej od Benges, pokażę ci jak wrócimy domu jak chcesz. To pod bambulem też jest miejscem mocy. Nie bambul ją zawiera, tylko jakoś tak pod ziemią jest, pod nim parę metrów. Myśmy to odkryły z Roxy jako siusiary jeszcze. Pierwsze nasze czary, pierwsze sabaty tu robiłyśmy. Potem nam się to miejsce jakoś odwidziało, znudziło. Ja tu do parku dawno nie zaglądałam, wiele lat, dopiero teraz znalazłam zastosowanie, żeby tu naszą Osię odsmradzać. Ta moc pod kamieniem jest bardzo słaba zresztą, do tego chimeryczna taka. Czasem ją się czuje dość wyraźnie, ale też czasem prawie wcale. Ale nawet jak wyraźnie, to wciąż jest cienka. Teraz wychodzi na to, że Osia ją czuje i wcale jej to nie sprawia frajdy. To na razie tyle, co wykryłam. Skończyłam, możesz pytać, to może jeszcze się czegoś dowiesz.
- Czy to jest jakaś zła moc?
- Kochanie, już ci to kiedyś tłumaczyłam. Żadna moc nie jest ani dobra, ani zła. Tak, jak moja moc, czy innych dziewczyn nie jest ani na plus, czy też minus, tak samo te moce naturalne, bo nie ma żadnego obiektywnego dobra, ani zła. Ale mogą być różne reakcje osobnicze na jakąś konkretną moc. Jak widać Osi ta moc pod kamieniem wyraźnie nie pasuje. Źle się czuje od niej, więc protestuje tak jak umie, głośnym płaczem.
- To co teraz?
- Trening przepony jej nie zaszkodzi, ale ja nie chcę, żeby była tak regularnie stresowana na każdym spacerze. Możemy chwilowo nie wchodzić tym wejściem do parku, omijać ten bambul i tak na razie zrobimy. Ale na dłuższą metę to jest słabe. Nie nasz styl.
- Ponawiam więc pytanie, co teraz? Może jakiś amulet?
- Dobrze kombinujesz, brawo ty. Tylko, że amulety to nie popcorn, w minutę nie upichcisz. Ale nie wykluczam tej opcji. Osia już ma parę amuletów, takich standardowych, ten jednak musi być taki dedykowany, że tak to nazwę.
- Znaczy?
- Znaczy, że jeszcze nie wiem za dobrze, przed czym ma chronić. Chodź, jeszcze ten kawałek, potem wrócimy na tamtą ławkę.
Tak też zrobili. Wrócili, usiedli, zajęli się rozmową, Anita jednak przy okazji obserwowała alejkę w okolicach kamienia. Szczególnie bacznie, gdy do parku wchodziła jakaś pani konwojująca dziecinny wózek. Raz nawet wszedł pan. Ale nie działo się na razie nic. Do czasu. Do czasu, aż się stało.
Bo nigdy nie jest tak, że nigdy nic się nie dzieje. Zawsze prędzej, czy później coś się musi wydarzyć. Tak więc w pewnym momencie zawartość kolejnego wózka podniosła alarm podczas mijania kamienia. Pani go pchająca zajrzała do środka, po czym zmieniła azymut planowanej trasy i po chwili była już przy ławeczce okupowanej przez naszą rodzinkę.
- Można?
- Proszę, proszę. Co, awaria?
Spytała Anita.
- Właśnie nie wiem.
A po chwili:
- Nie, spoko. Fałszywy alert. To my nie przeszkadzamy.
- Miłego dnia.
Pani z wózkiem oddaliła się, zaś Anita stwierdziła:
- Ciekawe. To małe w wózku ma moc. 
- A mama?
- Mama nie. Ale dzieciak poczuł i zareagował.
Borek nagle zaśmiał się mówiąc:
- Wiesz, co mi przyszło do głowy? Że ten bambul, to całe miejsce to taka jakby bramka, wykrywacz potencjalnych, ewentualnych magów i czarownic.
- Dobre! Trzeba twojej siostrze powiedzieć. Niech tu siądzie od rana i zaznacza sobie ptaszki na kartce. Lalka lubi takie tam różne obserwacje i spostrzeżenia statystyczne. 
Anita nagle wstała, obciągnęła spódnicę i okręciła się dookoła swej własnej osi pionowej pytając tonem gwiazdy romansów:
- No, i jak?
- Co jak?
- Klasa mamuśka, dupeczka jak się patrzy. Tak?
- Nigdy nie mówiłem, że jest inaczej.
- Dobrze, ale w ciąży to ja byłam anakonda po zjedzeniu słonia.
- Nieprawda. Taki fajny pingwinek byłaś. Poręczny nawet.
- Jak ty nic nie rozumiesz. Ile czasu po porodzie kobieta wraca do swojej normalnej figury? Jeśli chce. Bo wiele wcale tego nie chce.
- Pupcia, ja się na tym nie znam, pojęcia nie mam. Lepiej mi powiedz, co wymyśliłaś z tą bramką przy kamieniu. Znaczy z tą całą sprawą i w ogóle.
- Ten amulet ulegnie rozpatrzeniu. Ale ja mam jeszcze kompletnie innego pomysła, co z tym można zrobić. Alternatywnie. Na razie jednak wracamy do domu. Szybciorem. A w domu...
- A w domu to Ośka się zbudzi roszcząc cyca i to, o czym oboje teraz nagle pomyśleliśmy ulegnie pewnemu odroczeniu.
Więc wrócili do tego domu szybciorem. Na ławce zostało po nich tylko pytanie, jakiego to kompletnie innego pomysła, alternatywnie zresztą ma Anita?
O tym już w następnym odcinku.