Kilka, może nawet kilkanaście rytmicznych ruchów głową i... I już. Zwykły, standardowy seks, bez żadnych udziwnień. Borek nawet porządnie jeszcze nie otworzył oczu, a miał już zrobiony dzień. Anita chyba też, bo coś tam sobie podśpiewywała z łazienki. Zaś jakąś godzinę później oboje, nafaszerowani poranną kawą... Nie, wróć! Przecież Nita ostatnio nie pije kawy. Nawet herbaty, choć jej psiapsie uważają, że trochę już przegina z tą odstawką kofeiny. Ale ona zwykle wtedy ripostuje ucinając wszelkie dyskusje:
- Mój brzuch, moja sprawa. Howgh.
I ma rację!
Wróćmy jednak do poranka. Otóż po tejże wspomnianej jakiejś godzinie oboje, nafaszerowani pozytywnym vibem jechali dziarsko do firmy budować socjalizm, aby mogli rosnąć w siłę i żyło im się dostatniej. Stop! To taki żart miał być. Tak, czy owak dojechali, po czym równie dziarsko zabrali się do roboty. Każde do swojej, bo jak regularnie, uważnie czytający wiedzą, pracują oni w innych komórkach organizacyjnych. Około pory lunchu spotkali się razem w firmowym bufetobarze. Nie zawsze tak się dzieje, bo nie zawsze im się synchronizują obowiązki służbowe. Poza tym ostatnio Anicie jakoś coraz rzadziej się chce tam schodzić. Budynek firmowy nie ma windy, choć podobno szefowstwo pracuje nad tym. Ale tym razem się jakoś zachciało i zsynchronizowało. Podobno im większy brzuch, tym większa labilność umysłu. A to dopiero szósty miesiąc
Więc tak sobie siedza, jedzą... Jedzą? Znaczy Anita je. Borek tylko dłubie w tych swoich frytkach belgijskich z krewetkami, czy też krewetkach z frytkami belgijskimi, jedzeniem ich jakoś to trudno nazwać. Nita to widzi, ma podzielną uwagę.
- Słodziak, nie jesteś głodny? Ja to chętnie przejmę.
Borek bez słowa podsuwa jej swój talerz. Patrzy gdzieś, czyli nigdzie. Ale Anita nie patrzy. Znaczy nie patrzy nigdzie, tylko na to co ma na swoim talerzu oraz przy okazji zerka na swojego chłopa. Zaczyna mieć minę taką, jaką się czasem miewa, gdy się czuje, że coś chyba jest nie tak.
- Boreczku, co jest z tobą? Rano byłeś hepi.
Milczenie.
Anita zerka sobie to na jeden talerz, to na drugi, to na Boreczka, wreszcie podejmuje decyzję. Żarcie może poczekać. Wystygnięte też się zje. Świń nie ma w tym lokalu.
- Kochanie, tak nie gadamy.
To akurat prawda. Nigdy tak nie gadali. Nita rozważa jak napocząć sytuację, metodą Mali - softcore, czy metodą Roxy - hardcore. To drugie może boleć. Wybiera trzecie wyjście:
- Możesz mi przynieść smufi z bufetu? Jagodowe.
Zadziałało. Przyniósł co prawda marchewkowe, ale to akurat jest kompletnie bez znaczenia. Smufi to tylko jakiś tam gadżet. Anita upija łyka, poprawia drugim.
- Yummy! Spróbujesz?
Spróbował.
- I jak?
- No...
Nareszcie coś drgnęło w rajtuzach. Chłop się odetkał.
- To teraz może mi powiedz proszę Skarbie, co się stało takiego od chwili naszego przyjazdu do firmy do tej chwili teraz.
- No... Bo...
Anita nie ponagla. Jak zaczął, to dokończy. Wreszcie ruszyło:
- Bo przeczytałem dziś w necie, że po urodzeniu się dziecka dwie trzecie związków ma ostry kryzys, zaś jedna piąta to w ogóle się rozpieprza w trzy pizdy.
Kobieta spojrzała na niego. Mala ma duże oczy, ale te oczy, które wykonała Nita to już były oczy trzech Mal na raz. Do tego teraz ją zatkało. Za to Borek dokończył:
- Przeważnie chodzi wtedy o te najważniejsze, bazowe sprawy.
Wiedźma szybko skonsumowała resztę krokieta ze swojego talerza, przegryzła belgijską krewetką z Borkowego, dopchnęła frytką umaczaną w mjanmańskim dipie, popiła smufi. Po czym wreszcie się odetkała czule uśmiechając przy okazji.
- Głuptasie! Z kim ja się pukam od prawie pięciu lat?
To był wstęp. Po czym wzięła głęboki oddech i oznajmiła:
- Meritum omówimy w domu, nie tutaj przy ludziach. Zaś na razie zrobimy tak, że ty wracasz do pracy, a ja idę do zarządu. Pogadam z nimi po swojemu, tak po czarowsku. Bo jak widzę, to masz ostatnio za mało roboty, nudzi ci się i jakieś netowe brednie czytasz za firmowe pieniądze. Już oni ci znajdą konkretne zajęcie. No! Odnieś proszę naczynia, kochanie moje.
Wstała od stolika, ucałowała Borka czule, namiętnie, po czym wyszła z bufetobaru. Jak pamiętamy, Anita była taką szarą, czy raczej niewidzialną eminencją tej firmy, umiała za pomocą magii realnej wpływać na to lub na owo.
Zaś po fajrancie oboje wrócili do domu razem. Popołudniowy, czy też wieczorny seks odbył się tym razem niestandardowo, omówili też wspomniane wcześniej meritum. Tylko po drodze zajrzeli jeszcze na chwilę do galerii, gdzie Anita kupiła sobie nową torebkę. Ale to już bez związku ze sprawą, bo taki plan miała jeszcze przed lunchem.
Notka suplementarna:
Ponieważ nie istnieje coś takiego, jak seks standardowy, więc ustalmy centralnie, albo chociaż tak przynajmniej i bynajmniej kontrolnie, że nie wszystko w tym opowiadaniu należy traktować zbytnio za poważnie.
- Mój brzuch, moja sprawa. Howgh.
I ma rację!
Wróćmy jednak do poranka. Otóż po tejże wspomnianej jakiejś godzinie oboje, nafaszerowani pozytywnym vibem jechali dziarsko do firmy budować socjalizm, aby mogli rosnąć w siłę i żyło im się dostatniej. Stop! To taki żart miał być. Tak, czy owak dojechali, po czym równie dziarsko zabrali się do roboty. Każde do swojej, bo jak regularnie, uważnie czytający wiedzą, pracują oni w innych komórkach organizacyjnych. Około pory lunchu spotkali się razem w firmowym bufetobarze. Nie zawsze tak się dzieje, bo nie zawsze im się synchronizują obowiązki służbowe. Poza tym ostatnio Anicie jakoś coraz rzadziej się chce tam schodzić. Budynek firmowy nie ma windy, choć podobno szefowstwo pracuje nad tym. Ale tym razem się jakoś zachciało i zsynchronizowało. Podobno im większy brzuch, tym większa labilność umysłu. A to dopiero szósty miesiąc
Więc tak sobie siedza, jedzą... Jedzą? Znaczy Anita je. Borek tylko dłubie w tych swoich frytkach belgijskich z krewetkami, czy też krewetkach z frytkami belgijskimi, jedzeniem ich jakoś to trudno nazwać. Nita to widzi, ma podzielną uwagę.
- Słodziak, nie jesteś głodny? Ja to chętnie przejmę.
Borek bez słowa podsuwa jej swój talerz. Patrzy gdzieś, czyli nigdzie. Ale Anita nie patrzy. Znaczy nie patrzy nigdzie, tylko na to co ma na swoim talerzu oraz przy okazji zerka na swojego chłopa. Zaczyna mieć minę taką, jaką się czasem miewa, gdy się czuje, że coś chyba jest nie tak.
- Boreczku, co jest z tobą? Rano byłeś hepi.
Milczenie.
Anita zerka sobie to na jeden talerz, to na drugi, to na Boreczka, wreszcie podejmuje decyzję. Żarcie może poczekać. Wystygnięte też się zje. Świń nie ma w tym lokalu.
- Kochanie, tak nie gadamy.
To akurat prawda. Nigdy tak nie gadali. Nita rozważa jak napocząć sytuację, metodą Mali - softcore, czy metodą Roxy - hardcore. To drugie może boleć. Wybiera trzecie wyjście:
- Możesz mi przynieść smufi z bufetu? Jagodowe.
Zadziałało. Przyniósł co prawda marchewkowe, ale to akurat jest kompletnie bez znaczenia. Smufi to tylko jakiś tam gadżet. Anita upija łyka, poprawia drugim.
- Yummy! Spróbujesz?
Spróbował.
- I jak?
- No...
Nareszcie coś drgnęło w rajtuzach. Chłop się odetkał.
- To teraz może mi powiedz proszę Skarbie, co się stało takiego od chwili naszego przyjazdu do firmy do tej chwili teraz.
- No... Bo...
Anita nie ponagla. Jak zaczął, to dokończy. Wreszcie ruszyło:
- Bo przeczytałem dziś w necie, że po urodzeniu się dziecka dwie trzecie związków ma ostry kryzys, zaś jedna piąta to w ogóle się rozpieprza w trzy pizdy.
Kobieta spojrzała na niego. Mala ma duże oczy, ale te oczy, które wykonała Nita to już były oczy trzech Mal na raz. Do tego teraz ją zatkało. Za to Borek dokończył:
- Przeważnie chodzi wtedy o te najważniejsze, bazowe sprawy.
Wiedźma szybko skonsumowała resztę krokieta ze swojego talerza, przegryzła belgijską krewetką z Borkowego, dopchnęła frytką umaczaną w mjanmańskim dipie, popiła smufi. Po czym wreszcie się odetkała czule uśmiechając przy okazji.
- Głuptasie! Z kim ja się pukam od prawie pięciu lat?
To był wstęp. Po czym wzięła głęboki oddech i oznajmiła:
- Meritum omówimy w domu, nie tutaj przy ludziach. Zaś na razie zrobimy tak, że ty wracasz do pracy, a ja idę do zarządu. Pogadam z nimi po swojemu, tak po czarowsku. Bo jak widzę, to masz ostatnio za mało roboty, nudzi ci się i jakieś netowe brednie czytasz za firmowe pieniądze. Już oni ci znajdą konkretne zajęcie. No! Odnieś proszę naczynia, kochanie moje.
Wstała od stolika, ucałowała Borka czule, namiętnie, po czym wyszła z bufetobaru. Jak pamiętamy, Anita była taką szarą, czy raczej niewidzialną eminencją tej firmy, umiała za pomocą magii realnej wpływać na to lub na owo.
Zaś po fajrancie oboje wrócili do domu razem. Popołudniowy, czy też wieczorny seks odbył się tym razem niestandardowo, omówili też wspomniane wcześniej meritum. Tylko po drodze zajrzeli jeszcze na chwilę do galerii, gdzie Anita kupiła sobie nową torebkę. Ale to już bez związku ze sprawą, bo taki plan miała jeszcze przed lunchem.
Notka suplementarna:
Ponieważ nie istnieje coś takiego, jak seks standardowy, więc ustalmy centralnie, albo chociaż tak przynajmniej i bynajmniej kontrolnie, że nie wszystko w tym opowiadaniu należy traktować zbytnio za poważnie.



