15 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.5/

- Jak mieszkałam w wiosce Benges, to chodziłyśmy z innymi dzieciakami na takie wyschnięte torfowisko. Jak się dziubało glebę jakimś ostrym patykiem, czy innym szpikulcem, to syczało. To były takie właśnie bąble gazu po ziemią.
Opowiedziała szybko Mala, na co dodała Kaśka:
- Ja też tam byłam kiedyś. Gajka mnie raz zaprowadziła, jak pojechałam do Benges poćwiczyć. Ciekawe miejsce w ogóle, siostrzyczki kopią tam sobie torf na opał, nawóz, czy do alchemii.
Wtedy włączyła się Roxy:
- I o tym właśnie mówił Misiek, jak obejrzał te fotki. Że tam pod głazem był taki wielki bąbel gazu. Niespotykana sprawa, jak na nasze rejony. Taki wielki. Podniosło się ciśnienie i wysadziło.
- Ale że taki wybuch...
Zaczęła Malina, ale Ruda jej przerwała:
- Nie taki wybuch, jak myślisz. Fajerwerków nie było. 
- No, ale przecież gaz...
- Gaz gazu nierówny. Misiek mówił, że w takich bąblach jest albo metan, albo dwutlenek węgla. Do wybuchu metanu musi być kontakt z powietrzem, tlenem i jakiś zapłon, iskra. A dwutlenku nie zapalisz, choćbyś się zesrała. Nie miałaś chemii w szkole?
Tu znowu odezwała się Mala:
- To wszystko powinno być w necie, w wiadomościach, chociaż lokalnych. Skoro to taki ewenement. Rano, gdy tam byłam, to trochę ludzi się kręciło. Oglądali, wydziwiali. Ale teraz powiem wam najważniejsze. Bo wcześniej nie miałam kiedy.
- Zamieniam się w ucho.
Rzuciła Anita plasując Ośkę do nosidełka.
- Bo tam też kręcił się taki wujek. Starszy pan z fajką, w czapce uszance i ciuchach z demobilu. Taki gajowy Marucha, wiecie.
- To pan Hieronim. Znam go, mieszka trzy domy dalej ode mnie. Wieczny emeryt. Był już na emeryturze zanim ja poszłam do szkoły. Mówili o nim, że on tak ma od dziecka. Zamiast szkoły ukończył tylko szybki, korespondencyjny kurs dla emerytów, a po takim kursie już nic nie trzeba robić. Też tak chciałam pamiętam. Tylko namiarów nikt mi nie chciał dać.
- Co chcesz? Bardzo miły jegomość. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Powiedział mi, że on był przy tym, jak ten bąbel pierdyknął. Wcale nie było głośno, tylko tak głucho coś mlasło. 
- Lubiał łazić po nocy.
Wtrąciła Malina, ale Mala zaoponowała:
- Właśnie nie do końca po nocy. Myśmy skończyły koło drugiej, a on poszedł do parku koło czwartej. Mówi, że on tak lubi, bo wtedy najczystsze powietrze.
- Bo to akurat prawda. Ja czasem lubię biegać o tej porze.
Rzuciła Kaśka, ale Mala mówiła dalej:
- To on mówi, że sobie chodził, potem usiadł na ławce, odsiedział swoje, wypykał trochę faji i nagle coś mlasło. Ja tylko referuję jego słowa. Ale co to oznacza, moje panie? To wygląda na to, że to właściwie nie my.
- Że co nie my?
Spytała Malina.
- Że myśmy tej dziury nie spowodowały.
Ruda od razu przyszła Turbinie w sukurs.
- To się trzyma kupy. Misiek mi tłumaczył, że taki bąbel nie pojawia się nagle, tylko wzbiera setki, nawet tysiące lat, zwłaszcza jeśli taki wielki. Ciśnienie w nim rośnie powoli, bardzo powoli. W końcu jest takie wysokie, że samo wywala, kwestia tylko czasu.
- Nasz ekran mógł tylko to przyspieszyć.
Odezwała się Anita.
- Ale też nie na pewno. To są tak drobne wibracje przy jego tworzeniu, że właściwie pomijalne. Kwantowy rząd wielkości.
Wtedy spytała Malina:
- No, a moc? Gdzie się podziała moc tego miejsca?
- Lalka, nie kompromituj się. To są podstawy teorii magii. Moc jest zawsze w czymś. Ta akurat była w gazie. Gaz się rozpirzgnął dookoła, to i moc się rozpigrzła.
Zapadła chwila ciszy, wreszcie odezwała się Kaśka:
- A jaka jest puenta tej całej akcji?
- Puenta jest taka, że dopóki tego nie ogarną, nie zasypią, to ja przez jakiś czas będę dymać z wózkiem naokoło do dalszego wejścia. Bo na razie ten kawałek parku będzie ogrodzony, wyłączony z użytku. Mam nadzieję, że szybko to zrobią, bo ciągle ktoś tam będzie wpadać do tego dołu.
EPILOG
W rzeczywistości Anita wcale nie dymała z żadnym wózkiem naokoło do żadnego dalszego wejścia, tylko przez parę tygodni brała Ośkę do auta i razem eksplorowały inne tereny zielone na mieście. Czasem też poza miastem. Tak to tłumaczyła Borkowi:
- Jakoś oko mnie boli, jak pomyślę o patrzeniu na te barierki i jak się będą pieprzyć z robotą przy zasypywaniu. Nasza Mala by to zrobiła sama w jeden dzień. Dać jej tylko koparkę i wywrotkę. I na koniec Adaśka do ustawienia kamienia na swoje miejsce.
Borek jednak trochę marudził:
- No tak, pani logistyk jest na macierzyńskim, więc raczej nie jest na bieżąco z cenami paliwa ostatnimi czasy.
- Ja dziecku paliwa nie żałuję. Niech zwiedza świat, póki to paliwo jeszcze w ogóle jest. Jak będzie na kartki, to się będziemy martwić. Ale ty realizuj spacery z Osią po swojemu, ja cię nie zmuszam. Nawet dobrze, będziesz mi relacjonował przebieg prac ziemnych na obiekcie.
Anita, choć nie jest wróżką, bo wróżek nie ma, dobrze przewidziała przebieg wypadków następnych dni. Następnego dnia, w piątek, na front robót przywieziono tylko toitoikę. Potem był weekend, potem murarski poniedziałek, zaś we wtorek zwalono do dziury raptem dwie wywrotki jakiegoś gruzu. We środę zepsuła się wywrotka, a drugiej firma wynajęta przez miasto po prostu nie miała. Zaś kolejnego dnia...
Tak więc upłynęło w sumie jakieś ponad trzy tygodnie, gdy Borek po powrocie ze spaceru z Osią mógł wreszcie zameldować Anicie, że dziury nie ma, barierek nie ma, więc to wejście, co trzeba jest udrożnione. Więc nie trzeba dymać naokoło.
- A kamień?
- Też na swoim miejscu, choć tak jakby odrobinę krzywo. Tylko tabliczki z patronem nie ma, bo słyszałem, że są jakieś tarcia między miastem i dzielnicą o tego patrona, więc na razie wakat.
- To fajnie, bo mamy gościa, zanocuje dziś u nas, a jutro się wybierzemy wszyscy razem na spacerek. A patrona pieprzyć. Po najbliższych wyborach będzie jakiś jeszcze nowszy.
Gościem okazała się być Zira, wiedźma Benges, dobra kumpela Nity, która właśnie chciała zobaczyć miejsce mocy. Czy raczej po mocy. Poszli więc owego jutra, tak po lunchu, znaczy troje poszło, Osia pojechała. Teren wyglądał jeszcze surowo, dopiero co splantowany, utwardzony, żadnej trawy też jeszcze nie posiano. 
- Aha. To tu była ta moc, co gnębiła twoje maleństwo?
- Była, ale się zmyła.
- Ale coś tu jeszcze czuję.
- To moje zaklęcie ekranujące. Już niepotrzebne. Ale niech sobie będzie. Nikomu nie przeszkadza. Początkujące siostry mogą sobie ćwiczyć jego odczynianie, a z czasem wywietrzeje.
I tu się kończy sprawa tajemniczej mocy pod bambulem. Może mało efektownie, ale tak się kończy większość różnych spraw...

11 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.4/

Dysonans poznawczy to jest takie uczucie, przeważnie niezbyt miłe, którego człowiek doznaje, gdy jego iluzja tego, jak ma być spotyka to, co jest. Anita oprócz czarów uprawia także zen. Zen jako taki nie ma żadnego celu, są tylko skutki uboczne praktyki tegoż, zaś jednym z nich jest nieraz to, że rzadziej tworzymy sobie iluzje, więc rzadziej doświadczamy owego dysonansu. Tak też ma Anita, tym razem jednak doznała go, gdy zobaczyła coś, czego na pewno się nie spodziewała. Za sprawą jednak innego skutku ubocznego zen szybko się ogarnęła, po czym sięgnęła po telefon, który jak sama nazwa wskazuje służy też do robienia fotek. Po kilku zaś minutach podeszła do ławki, na której siedział Borek konwersujący z Ośką, a na jej widok zapytał:
- No, i co tam się dzieje? Co tam jest?
- Tam nic nie jest.
- Jak to?
- W pewnym sensie. Idź sobie zresztą sam zobacz. Fotki zrobiłam, jakby co, żeby nie było, ale co na żywo, to na żywo. Ma dupa nogi? A ja tu posiedzę z małą. Odstresuję się trochę.
- Aha, czyli ma być stres?
- Oj, nie marudź już mi tu. 
Więc Borek poszedł i zobaczył. Oraz nie zobaczył. Nie zobaczył przede wszystkim głazu na swoim miejscu. Głaz jednak nie zniknął, tylko był parę metrów dalej. Leżał w nieco innej pozycji, niż dotychczas, niejako na swoim boku. Na swoim miejscu nie mógł zresztą przebywać, bo tego miejsca nie było. Zamiast niego ział wielki dół, dziura, wyrwa w terenie. Aczkolwiek nie czeluść, bo gdy tata Ośki wychylił się, aby zerknąć głębiej dno było widoczne.
- No, i co ty sobie o tym myślisz?
Spytała Anita, gdy Borek wrócił do ławeczki.
- Co myślę? Myślę, że Kalenusjanie przylecieli i buchnęli grubą próbkę gruntu do badań. Takim wysięgnikiem jakimś odgórnym podsiębiernym. Bo innego pomysła na tą sytuację nie mam.
Anita uniosła brwi, ale zanim otworzyła usta usłyszała:
- Bo zobacz sama jak to wygląda. To nie jest lej po bombie, czy jakimś meteorze, to nie jest krater jak po wybuchu od środka.
- A czemu tak?
- A temu tak, że nie ma zwałów ziemi dookoła. Są tylko jakieś rozbryzgi darni, nic poza tym. Tam brakuje kilku dobrych wywrotek gleby do równego rachunku, jakieś dwa kontenery najmarniej. Ludzie tego nie wykopali i nie wywieźli. Bo niby kiedy? A śladów też żadnych nie ma. Czyli wzięło i znikło, jak rower spod sklepu.
- Ale nie patrz tak teraz na mnie. Myśmy tego nie zniknęły, tak magia realna nie działa. Tak znikają tylko słonie ze sceny. Kwestia tylko dobrej zapadni. Tu jakoś nie widać żadnej zapadni.
- Czekaj Pupcia. To co wyście właściwie uczarowały?
- Ekran, zaporę dla mocy pod kamieniem. I ten ekran jest, czyli zaklęcie wyszło dobrze. Tylko, że tej mocy już tam nie ma. A tego w planie nie było.
- Wyślij może te fotki Miśkowi. On to lepiej rozkmini.
- A co ja teraz robię? Przecież pizzy nie zamawiam.
Bo Anita gadając z Borkiem szmyrała też palcem po telefonie.
Fotki zostały wysłane także czwórce pozostałych wiedźm, po czym temat został podjęty następnego dnia w Pleciudze. Bo to czwartek akurat był. Kompletu jeszcze nie było przy stoliku, brakowało Roxy, ale Mala zdążyła już powiedzieć swoje:
- Byłam tam dziś rano. Akurat kogoś wyciągali z tego dołu.
- Aha, czyli nie upilnowali terenu jak trzeba i jakiś pijaczek zdążył już tam wpaść po nocy.
Wtrąciła Malina, co skomentowała Kaśka:
- Było nie chlać i patrzeć pod nogi.
Ale Mala kontynuowała dalej:
- To się po prostu nie da wykopać takiego dołu, wywieźć ziemi i nie zostawić śladów. I to tak szybko. Coś ostatnio wiem na ten temat.
- Skąd wiesz? Na uczelni to masz?
Spytała szybko Anita skupiona do tej pory na trzymanej na rękach Ośce spożywającej posiłek. Ale odpowiedziała nagle Kaśka:
- Nie na uczelni. Budujemy nowy budynek klubowy. Jesteśmy na etapie fundamentów, prac ziemnych, a Młoda to nadzoruje. To musi się orientować w temacie.
- Tam nie było żadnych prac ziemnych.
Zabrała nagle głos Roxy, która nagle zjawiła się przy stoliku i która moszcząc się na krzesełku dodała uzupełniająco:
- Już wszystko wiem, Misiek mi to wyjaśnił. Fachowo.
- To co tam kurwa było?
Spytała Malina, na co zareagowała Anita.
- Lalka, dziecko je. Je, słucha i uczy się. A potem, jak nabluzga pani w szkole to będzie na mnie. Że z mlekiem matki wyssane.
- Jakie ciotki, takie siostrzenice.
Wtrąciła Kaśka, po czym dodała:
- No dobrze, to co tam było bez kurwy?
- Co tam było? Tam nic nie było.
Odparła Roxy, na co znowu zareagowała Anita:
- Tyle to ja już wczoraj widziałam. Znaczy nie widziałam.
- Ty widziałaś co było potem, a Misiek wyjaśnił, co było przedtem. Nie, czekajcie, to nie chodzi o to, że wcale nic nie było, tylko że ziemi nie było. Ale było coś innego.
- To co w końcu było?
- Bąbel.
- Co?
- Bąbel. Bańka. Pęcherz taki.
- Jaki znowu pęcherz?
Nastała chwila ciszy, wreszcie odezwała się Mala.
- Chyba już rozumiem.
Co rozumiała Mala? Jej zdaniem, do tego chyba.
O tym w następnej, chyba już ostatniej części.

09 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.3/

- Czekaj chwilę, muszę iść oko poprawić.
Roxy spojrzała za Anitą odchodzącą korytarzem galerii, a potem bawiąc się stopką wegańskiego, bionaturalnego, ekologicznego, bezalkoholowego adwokata zero mruknęła do siebie:
- Kieliszeczku powiedz przecie, czyśmy nie
 najsłodsze na świecie?
A gdy jej psiapsia wróciła podjęła temat:
- Tak, to nie jest nasz styl. Nie lubimy chodzić naokoło, więc skoro najbliższe wejście jest zamknięte, to trzeba je jakoś udrożnić. Co prawda Ciocia Lala uczyła nas, że gdy trzeba coś zrobić, to nieźle jest się temu przyjrzeć jeszcze raz, bo może nic nie trzeba robić...
- To tu akurat to nie ma zastosowania.
Wpadła jej w słowo Anita dokańczając:
- Ja nie będę czekać, aż Ośka podrośnie na tyle, żeby ta moc pod kamieniem nie robiła jej już takiego kuku, jak robi.
- Dobrze, tylko jeszcze nie powiedziałaś mi, co chcesz zrobić. Nie licząc amuletu, bo to już omówiłyśmy, że trochę miśkowiej wiedzy geomantycznej przyda się do tego. A wiesz...
Tu Ruda ożywiła się nagle.
- A wiesz, ja też mam pomysł. Tylko do tego nie Misiek by się przydał, tylko Adaśko z wielkim szpadlem. Albo jeszcze lepiej Mala na koparce. Ona umie obsługiwać wszystkie takie dziwne pojazdy.
- To może na czołgu, takim podziemnym, rozstrzela to całe coś i po krzyku. Nie Ruda, nie, żadnego kopania. Taka akcja zrobi swetes na pół dzielnicy. A potem co z tym zrobisz, jak już wykopiesz? Wsadzisz do dżinodzbanka i wstawisz do kredensu?
- Żartowałam. To jaki w końcu jest ten twój pomysł?
- Chcę to zaekranować. Tak, jak my się czasami ekranujemy, żeby nie ujawniać mocy dookoła. Tak działa też zresztą wspomniany dżinodzbanek. Albo jak stawiamy kopułę niewidkę. Mechanizm zaklęcia powinien być podobny. Bo z amuletem to może być koronkowa robota, dla dzieciaka szczególnie. A tak, postawię ekran na kilka lat, potem może Ośce spadnie już wrażliwość, a jak nie, to się powtórzy.
- Kiedy chcesz to zrobić?
- Na kwartalnym sabacie, podczas równonocy. Ty mi pomożesz, dziewczyny wesprą swoimi mocami i pozamiatane. Ile Misiek zechce za konsultację geomantyczną?
- Weź! Spróbowałby coś od ciebie wziąć. Ty mu Ziele dajesz za darmo, więc jakby mógł czegoś rościć? Poza tym ja też mam coś do powiedzenia w tej kwestii.
- Z Zielem to ja po prostu jestem oldskulowa. Ja mam Ziele tylko dla przyjaciół, na prezenty, na poczęstunki. Żadnych handlów. Zosia Yakuza niech sobie handluje, bo to jest jej praca. Drugi etat obok spuszczania oklepu innym panienkom na ringu, czy w klatce.  A ja uprawiam tylko hobbystycznie.
- No, a właśnie, jak w tym roku ci obrodziło?
- Przecież wiesz, że na zewnątrz nic nie siałam w tym roku. Tylko tyle, co w zielniku parę krzaków. Za to Kaśka zebrała rekordowe plony. Jak nigdy dotąd.
- Wiem, przecież już coś pod niej dostałam. Naprawdę niezłe.
- Ja sobie poczekam, aż skończę Ośkę karmić. Nie spieszy mi się.
Tym się właśnie różnie Ziele od narkotyków, takich jak alkohol na ten przykład, że prawie nikt nie dostaje małpiego rozumu mając perspektywę, czy okazję użycia go.
Anita tak zrobiła, jak zaplanowała. Najpierw zajrzała z Miśkiem do parku na oględziny kamienia i jego okolic. On coś tam pobadał, pomierzył, ona zapisała skrzętnie wszelkie uwagi, po czym w noc równonocy jesiennej całe pięć czarownic wykonało sabat, zdalnie u Anity w domu w jej pracowni. Pora była ciekawa, pierwsza zero sześć po północy, wtedy była kulminacja astronomiczna. 
Za to rano Nita oznajmiła Borkowi:
- Słodziaczku brylantowy. Dziś po pracy wróć od razu do domu, bardzo, bardzo ładnie cię proszę. Zrobimy razem spacerek z Osią do parku. Chcę zobaczyć, co zostało zmajstrowane, czy wszystko poszło jak należy.
Zaś po południu pierwszy dzień Jesieni był przyjazny pogodowo. Gdy cała trójka podchodziła do wejścia do parku Anita zarządziła co następuje:
- Ty się przejdź z Osią do tamtego wejścia, a ja tędy... Ożesz!
- Co jest?
- Nie widzisz? Taśmę założyli i strażnik miejski pilnuje. Ale nic to, ja się przemknę jakoś, a ty idź jak mówiłam. Spotkamy się przy tej ławce, co zawsze siadamy.
Borek odszedł z wózkiem z zaokrętowaną nań Ośką, zaś Anita podeszła spokojnie do wejścia. Rzuciła chwilowy, szybki urok na strażnika, uniosła taśmę aby pod nią przejść, a mundurowemu oznajmiła w przelocie informacyjnie:
- Służbowo.
Kilka metrów stała grupka ludzi, obok zaś parę samochodów mających oznaczenia różnych służb miejskich. Stojący zasłaniali widok na głaz, więc wiedźma podeszła bliżej, minęła wszystkich, po czym spojrzała na kluczowe, interesujące ją miejsce. Wtedy wyartykułowała jak następuje:
- O bulwa! Co to w ogóle jest?
Co takiego zobaczyła Anita? Co zrobiło na niej takie wrażenie?
O tym będzie już w następnej części.

05 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.2/

Osia grzecznie poddawała się przeglądowi wykonywanemu przez tatę, którego siedząca na ławce mama zapytała nagle:
- Słodziak, ty wiesz, co to tam jest? Mijaliśmy właśnie.
- Gdzie? Aha, tam. Wiem. Bambul, głaz narzutowy. Tak sobie myślę, co robi ten bambul. Ten bambul zapewne odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Nie można też wykluczyć, że otwiera oczy niedowiarkom.
- Otwiera, ale buzię do krzyku naszemu dziecku. A raczej to, co pod nim jest. Co do tych potrzeb, to po każdych wyborach do władz dzielnicy ma innego patrona, ale to nas akurat najmniej interesuje.
- A co nas najbardziej interesuje?
- Chodź, zrobimy rundkę po obiekcie, bo Osia potem powie, że wyrodni rodzice wożenia jej żałowali za młodu. A ja ci opowiem za to, o co w tym bambulu się rozchodzi.
Gdy ruszyli Anita wzięła głęboki oddech, co jak wiemy oznaczało zakaz przerywania jej wypowiedzi, po czym wypowiedziała się:
- Pewnie słyszałeś o miejscach mocy na Ziemi. Jest ich sporo, niektóre dość znane, choć połowa z nich jest akurat fikcyjna, urojona. Po prostu fama ma przyciągać turystów i pielgrzymów, za to oni mają tam wydawać dutki. Ale jest jeszcze całe mnóstwo mniejszych miejsc, prawie nikomu nieznanych. W witchnecie jest mapka, tylko niedokładna, a ja mam lepszą, całego kraju. Od Ziry dostałam, tej od Benges, pokażę ci jak wrócimy domu jak chcesz. To pod bambulem też jest miejscem mocy. Nie bambul ją zawiera, tylko jakoś tak pod ziemią jest, pod nim parę metrów. Myśmy to odkryły z Roxy jako siusiary jeszcze. Pierwsze nasze czary, pierwsze sabaty tu robiłyśmy. Potem nam się to miejsce jakoś odwidziało, znudziło. Ja tu do parku dawno nie zaglądałam, wiele lat, dopiero teraz znalazłam zastosowanie, żeby tu naszą Osię odsmradzać. Ta moc pod kamieniem jest bardzo słaba zresztą, do tego chimeryczna taka. Czasem ją się czuje dość wyraźnie, ale też czasem prawie wcale. Ale nawet jak wyraźnie, to wciąż jest cienka. Teraz wychodzi na to, że Osia ją czuje i wcale jej to nie sprawia frajdy. To na razie tyle, co wykryłam. Skończyłam, możesz pytać, to może jeszcze się czegoś dowiesz.
- Czy to jest jakaś zła moc?
- Kochanie, już ci to kiedyś tłumaczyłam. Żadna moc nie jest ani dobra, ani zła. Tak, jak moja moc, czy innych dziewczyn nie jest ani na plus, czy też minus, tak samo te moce naturalne, bo nie ma żadnego obiektywnego dobra, ani zła. Ale mogą być różne reakcje osobnicze na jakąś konkretną moc. Jak widać Osi ta moc pod kamieniem wyraźnie nie pasuje. Źle się czuje od niej, więc protestuje tak jak umie, głośnym płaczem.
- To co teraz?
- Trening przepony jej nie zaszkodzi, ale ja nie chcę, żeby była tak regularnie stresowana na każdym spacerze. Możemy chwilowo nie wchodzić tym wejściem do parku, omijać ten bambul i tak na razie zrobimy. Ale na dłuższą metę to jest słabe. Nie nasz styl.
- Ponawiam więc pytanie, co teraz? Może jakiś amulet?
- Dobrze kombinujesz, brawo ty. Tylko, że amulety to nie popcorn, w minutę nie upichcisz. Ale nie wykluczam tej opcji. Osia już ma parę amuletów, takich standardowych, ten jednak musi być taki dedykowany, że tak to nazwę.
- Znaczy?
- Znaczy, że jeszcze nie wiem za dobrze, przed czym ma chronić. Chodź, jeszcze ten kawałek, potem wrócimy na tamtą ławkę.
Tak też zrobili. Wrócili, usiedli, zajęli się rozmową, Anita jednak przy okazji obserwowała alejkę w okolicach kamienia. Szczególnie bacznie, gdy do parku wchodziła jakaś pani konwojująca dziecinny wózek. Raz nawet wszedł pan. Ale nie działo się na razie nic. Do czasu. Do czasu, aż się stało.
Bo nigdy nie jest tak, że nigdy nic się nie dzieje. Zawsze prędzej, czy później coś się musi wydarzyć. Tak więc w pewnym momencie zawartość kolejnego wózka podniosła alarm podczas mijania kamienia. Pani go pchająca zajrzała do środka, po czym zmieniła azymut planowanej trasy i po chwili była już przy ławeczce okupowanej przez naszą rodzinkę.
- Można?
- Proszę, proszę. Co, awaria?
Spytała Anita.
- Właśnie nie wiem.
A po chwili:
- Nie, spoko. Fałszywy alert. To my nie przeszkadzamy.
- Miłego dnia.
Pani z wózkiem oddaliła się, zaś Anita stwierdziła:
- Ciekawe. To małe w wózku ma moc. 
- A mama?
- Mama nie. Ale dzieciak poczuł i zareagował.
Borek nagle zaśmiał się mówiąc:
- Wiesz, co mi przyszło do głowy? Że ten bambul, to całe miejsce to taka jakby bramka, wykrywacz potencjalnych, ewentualnych magów i czarownic.
- Dobre! Trzeba twojej siostrze powiedzieć. Niech tu siądzie od rana i zaznacza sobie ptaszki na kartce. Lalka lubi takie tam różne obserwacje i spostrzeżenia statystyczne. 
Anita nagle wstała, obciągnęła spódnicę i okręciła się dookoła swej własnej osi pionowej pytając tonem gwiazdy romansów:
- No, i jak?
- Co jak?
- Klasa mamuśka, dupeczka jak się patrzy. Tak?
- Nigdy nie mówiłem, że jest inaczej.
- Dobrze, ale w ciąży to ja byłam anakonda po zjedzeniu słonia.
- Nieprawda. Taki fajny pingwinek byłaś. Poręczny nawet.
- Jak ty nic nie rozumiesz. Ile czasu po porodzie kobieta wraca do swojej normalnej figury? Jeśli chce. Bo wiele wcale tego nie chce.
- Pupcia, ja się na tym nie znam, pojęcia nie mam. Lepiej mi powiedz, co wymyśliłaś z tą bramką przy kamieniu. Znaczy z tą całą sprawą i w ogóle.
- Ten amulet ulegnie rozpatrzeniu. Ale ja mam jeszcze kompletnie innego pomysła, co z tym można zrobić. Alternatywnie. Na razie jednak wracamy do domu. Szybciorem. A w domu...
- A w domu to Ośka się zbudzi roszcząc cyca i to, o czym oboje teraz nagle pomyśleliśmy ulegnie pewnemu odroczeniu.
Więc wrócili do tego domu szybciorem. Na ławce zostało po nich tylko pytanie, jakiego to kompletnie innego pomysła, alternatywnie zresztą ma Anita?
O tym już w następnym odcinku.

30 września 2026

DZIURA W PARKU /cz.1/

- Jedyny kłopot, jakiego doświadczam z Miśkiem, to nie mogę nauczyć się rozróżniać, kiedy on udaje, że jest głupi, żeby zmylić czujność innych, kiedy udaje, że jest głupi, bo nie chce mu się rozumować i chce, żeby robił to ktoś za niego, kiedy udaje, że jest potwornie głupi, żeby ukryć fakt, że rzeczywiście nie sensuje, co się dzieje, a kiedy jest naprawdę autentycznie głupi.
Anita spojrzała na Roxy przeciągle i odparła:
- Z tego, co mi nieraz opowiadasz, to mi wychodzi, że on wcale nie jest głupi. Chyba mój Borek nie jest aż tak pomysłowy w tych sprawach, co on. Tylko żeby nie było. Ja etap ultra fikuśności mam już za sobą. To, co jest mi wystarcza. A ty wiesz, że ja się z nim umówiłam ostatnio?
- Z Borkiem? Na co się umówiłaś? 
- No jak z Borkiem? O twoim Miśku mówimy.
- Przecież on się nie umawia z innymi dupami.
- Więc ja też się z nim nie umówiłam jako inna dupa, tylko jako jego koleżanka, najlepsza kumpela jego dupy. I wcale nie w tych sprawach, co ty teraz sobie myślisz.
- No, ja myślę. Ups, sorry, ja jestem pewna, że nie w tych. Tylko mam dwa pytania. Co to za nie te sprawy i czemu ja o tym nic nie wiem do tej pory?
- Bo ci nie zdążył powiedzieć. Dzwoniłam do niego ze dwie, trzy godziny temu dopiero co. A te sprawy są takie, że jest geologiem zawodowo, tak?
- Tak. Przecież wiem, z czego dorzuca na nasze rachunki.
- I jest też geomantą przy okazji, tak?
- Tylko teoretykiem, przecież nie jest magiem.
- Ale tylko tyle mi trzeba. Stronę magiczną ogarnę sobie sama. Ty mi zresztą pomożesz. Tak, Wiewióro wredna? Pomożecie?
- No pewnie. Tylko jeszcze nie wiem, w czym. I na damski chuj ci geomanta do tego wszystkiego?  Tego akurat nie ogarniam.
- To słuchaj teraz uważnie, wtedy ogarniesz...
Teraz zróbmy może tak, że ze względów pragmatycznych zamiast cytować cały dialog zbriefujemy jedynie pokrótce opowieść Anity. Ale zacznijmy może najpierw od tego, że tytułowy park to jest za mocno powiedziane. To raczej taki mocno przerośnięty skwer, który mieści się na dzielni o zabudowie jednorodzinnej, gdzie mieszka właśnie Anita, Falibor oraz od niedawna owoc ich miłości imieniem Stella Oktawia, dla swoich Ośka. Ten skwer to ulubiony spacerniak, taki wózkodrom miejscowych mamusiek, czy też tatuśków oraz ławeczniak okolicznego seniorstwa emerytalnego. Bardzo czyste, zadbane miejsce zresztą. Gdy nadszedł czas, aby zacząć przewietrzać Ośkę, Anita wybrała ten właśnie teren zielony. Pierwszego dnia poszła sama, po czym wróciła po jakimś czasie, jak to zwykle bywa. Drugiego dnia nie poszła, tylko wsadziła Osię do nosidełka, nosidełko do auta, po czym udała się do Pleciugi, bo akurat był czwartek. Za to trzeciego dnia poszedł Borek dziarsko powożąć wózkiem pełnym Ośki. Też wrócił po jakimś czasie, ale Anita zaczuwała nagle:
- Słodziak, co masz taką minę? Coś poszło nie tak na spacerku?
- Właściwie nic, ale...
- Wiesz, co zrobili górale z Alą na skale? Więc mi tu nie aluj, tylko referuj cały przebieg misji. Ja potrzebuję wszystko wiedzieć, co się tam działo.
- Może tylko tyle, że Osia nagle mi się uruchomiła po wejściu do parku, tak znienacka, głośno nietypowo jakoś jak na nią.
- Co zrobiłeś?
- Podjechałem od razu do najbliższej ławki, sprawdziłem, czy nie ma jakiejś awarii w pieluchach, ale nic nie było.
- Co na to Osia?
- Przy ławce od razu się uspokoiła. Za to podczas wyjścia z parku było to samo, ale na ulicy znowu ucichła. I teraz zobacz, śpi sobie ładnie. Tak, jak ma być.
- Ciekawe. Wiesz, bo ja przedwczoraj miałam z nią tak samo. Co prawda tylko idioci nie wierzą w przypadki, ale to akurat nie jest przypadek moim zdaniem. Jutro pójdziemy razem oboje. Przy sobocie utniemy sobie taki rodzinny spacerek.
- Masz Pupcia jakiś pomysł?
- Mam mieć.
Tak też zrobili. Sobotniego popołudnia Osia została wplasowana do swojej gondoli na kółkach, po czym oboje rodziców ruszyło do parku jako napęd oraz ochrona owej gondoli. Pogoda sprzyjała wyprawie, zaś dookoła całej trójki wibrowało rodzinnością. Ale gdy weszli do parku, to po kilku metrach marszu śpiąca Osia nagle poruszyła się, po czym wzięła i uruchomiła cały swój potencjał wokalizacyjny. Anita spojrzała na Borka pytając:
- Tak było wczoraj?
- Dokładnie w tym miejscu.
Czarownica rozejrzała się dookoła.
- Widzę, czuję i chyba już wiem. Chodźmy do ławeczki. Zajrzymy do ukrytych ośkowych rejonów, żeby wykluczyć pewną okoliczność, żebym mogła wiedzieć na pewno.
- Okay, wiedźma wie. Idziemy córcia. Kontrol sanitarna będzie.
Mówiąc to Borek ruszył z wózkiem za wózkiem, zaś Nita została jeszcze chwilę, po niej jednak szybko dołączyła do załogi. Zaś mała Osia nagle ucichła, jakby nic się nie stało ową chwilę temu.
Co wiedziała Anita chyba, zaś chwilę potem na pewno?
O tym już w następnym odcinku.

08 września 2026

RWETES Z NICZEGO WOKÓŁ SZKLANEJ KULI

Od drzwi na salę Pleciugi powiało mocą. Trzy czarownice siedzące przy swoim stałym stoliku szybko spojrzały w tamtą stronę. Dwie nie spojrzały. Anita bowiem była zajęta czymś innym, zaraz sobie wyjaśnimy czym, zaś Kaśka miała wyjebane. Aczkolwiek nie do końca, bo gdyby wszedł ktoś naprawdę groźny, to już by było po tym kimś. Za sprawą Kaśki. Bo Kaśka tak ma, że Kaśka wie. Nawet nie jako wiedźma, bo jak wiemy, nie jest nią od tak dawna jak Anita, czy Roxy, ale jako urodzona wojowniczka.
Wróćmy jednak do toku akcji. Do kafejki weszła kobieta, która wcale nie wyglądała jak wiedźma, ale to akurat nic dziwnego, bo żadna tak nie wygląda. Za to jak każda wiedźma wyglądała na kobietę z klasą. Mala spytała szybko:
- Znamy ją?
Roxy i Kaśka pokręciły głowami, przy czym ta pierwsza dodała:
- Chyba ni chuja.
Anita nie pokręciła głową, tylko odparła:
- Nie znam, nie wiem, zarobiona jestem. Cyca daję.
Nie kłamała, bo mała Osia doiła tego cyca w pełnym skupieniu, za to Malina, która nie doiła żadnego cyca oświadczyła:
- Ja znam. Znaczy nie znam, ale widziałam. Była na tym sabacie na lotnisku, co wiecie. Tak mi mignęła jakoś, en passant. A tuż po sabacie razem sikałyśmy za tym samym krzakiem. 
- Z podsłuchiwaniem, czy bez?
Spytała Roxy, po czym od razu dodała:
- Nieważne zresztą. Tak, czy owak stworzyłyście podwaliny pod prawdziwą babską przyjaźń, tylko jest jeden szkopuł. Słyszałam na mieście, że tam gdzie ty sikasz, tam nic już nigdy nie urośnie.
Lalka odcięła się natychmiast:
- Żebym ja ci nie powiedziała co rośnie tam, gdzie ty nasikasz.
Do zabawy nagle włączyła się Mala:
- Ja kiedyś nasikałam na...
- Dość! Zaczynacie być bardziej obciachowe, niż jesteście.
To nagle wtrąciła Anita, tuż po tym jak schowała cyca, poprawiła odzież i odstawiła do nosidełka Ośkę, która od razu zasnęła po posiłku. Przy okazji zdążyła również się odkłonić nowo przybyłej wiedźmie, która zanim uplasowała się była przy wybranym stoliku uprzejmie skinęła głową do naszej gromadki. Jako jedyna zresztą, bo reszta pań była zbyt skupiona na temacie mikcyjnym. Po czym dodała wstając od stolika:
- Rzućcie mi okiem na małą. Idę sikać, bo jak wy tylko o tym, to sama jakoś czemuś ochoty nabrałam.
Uwaga o rzucaniu okiem była tylko formalna, bo cóż się może złego stać tej małej, gdy śpi sobie zacnie obok tak zacnych ciotek? Zaś ciotki skupiły uwagę na siedzącej przy stoliku pani, której pani Renia przyniosła coś na tacy. Zapewne pleciugato, bo głównie na to się tu chodziło, niczym na oglądanie gołej dupy do peep show.
- Ciekawe, czy przyszła pogadać, czy ma sprawę?
Zagaiła Malina, na co Roxy odparła:
- Jak się ma sprawę, to też się wtedy gada.
- Ciekawe jeszcze, jak nas namierzyła?
Spytała nagle Mala.
- O to chyba siebie zapytaj. Masz tyle nowych koleżanek ostatnio. Zresztą to nie sekret w tym światku, gdzie nas można znaleźć.
Turbinka zmarszczyła brwi, a po chwili odparła:
- Chyba wiem, co to za sprawa. 
- Oho, Młoda weszła w tryb detektywa. No, to referuj.
- To jest tak, że wiem od Cizi...
- Co to jest cizi?
Przerwała nagle Roxy.
- Nie cizi, tylko Cizia. Właśnie taka moja jedna koleżanka. To mi mówiła, że po tamtym sabacie na lotnisku, co wiecie, to się zrobił szum dookoła szklanej kuli. Niektóre to pytały się nawet o numer telefonu do Rudej.
- Dlaczego do mnie? Przecież kula nie jest moja, tylko Nitki.
Roxy nie ukrywała zdziwienia. 
- No, ale one o tym widać nie wiedzą. Nitki tam wtedy nie było, ty obsługiwałaś przecież kulę, tak?
- Ale szklana kula to teraz standard, więc o co chodzi?
Wtrąciła nagle Malina.
- Tylko, że nie taka. Mala dobrze gada. To nie taka sobie byle kula dalekowschodniej produkcji, którą można kupić za grosze. Ech, Lalka, Lalka. Wiedźma wie, tak? Tak mówiłaś ostatnio.
Odpowiedziała szybko Ruda, na co Malina zrobiła burmucha.
- No co? No co? Niech będzie, że na szklanych kulach się nie znam. Swojej nie mam, bo jak trzeba pójdę do bratowej, to mi użyczy.
- Użyczyła kiedyś?
- Nie, bo nie było dotąd okazji.
- I bardzo dobrze, bo nie lubię, gdy ktoś mnie podgląda jak się pieprzę. Bez mojej zgody. Ale jak mnie bardzo, bardzo ładnie poprosisz, to kiedyś dam ci popatrzeć. Nawet bez kuli.
- Ruda, odpierdol się może od niej, co?!
Tu nagle wkroczyła do akcji Kaśka, jak dobrze wiemy, lojalna aż do bólu wobec Maliny. Kontynuowała zresztą dalej:
- Nita ma rację, zaczynasz się faktycznie robić obciachowa. Może lepiej wytłumacz jej, jaka jest różnica między tymi kulami. Mnie zresztą też, bo ja też się nie znam.
- Okay, czuję się zbesztana. No, ale dobrze, focha zero, już opowiadam. Z kulami to jest tak, że zwykłą szklaną kulą można namierzyć tylko bezmoca. Ale nas nie, po prostu nie idzie tego zrobić. Konstrukcja taka i chuj. Za to kulą Anity można namierzyć każdą. Dlatego taka kula to wielka rzadkość, kosztuje zresztą straszne pieniądze. Z tego co wiem, taką kulę w tym kraju ma tylko Ciocia Lala, nasza Nita właśnie, siostry Benges oraz Selena, szefowa Gildii zawodowych. Może jeszcze ktoś, ale tego nie wiem, chyba raczej już nikt. Fałszywek nie liczę, ale nadmienię, że takie też się zdarzają na tym rynku.
Roxy zakończyła perorę, wtedy piłkę przejęła Mala:
- No, więc właśnie. Pewnie ta niunia, co tam siedzi, chce coś wykonać, do czego jest jej potrzebna kula Anity. Chociaż pewnie niekoniecznie podglądać inną siostrę podczas pożycia intymnego. Ciocia Lala mówiła, że ten magiczny sprzęt ma wiele innych pożyteczniejszych zastosowań. Ciekawe, kiedy do nas podejdzie.
- Ciocia Lala? Teraz?
Spytała nagle Malina. Z miną słodkiej idiotki zresztą, którą bardzo lubiła udawać w najmniej oczekiwanych momentach. Ale Mala zignorowała tą uwagę mówiąc:
- Pewnie jak dopije kawę.
- No, nieźle. Was tylko zostawić na chwilę same. Od razu zrobicie problem z niczego. To teraz popatrzcie sobie, co się zaraz zadzieje. Patrzcie bardzo uważnie.
To oznajmiła Anita, która niezauważenie wróciła z toalety, ale nie dosiadła się od razu, tylko stanęła trochę z tyłu i przysłuchiwała się dyspucie. Pełna rozbawienia zresztą.
- A co się zadzieje?
Spytała nagle Malina, na co Anita mościwszy się na krzesłku odparła krótko, ale dość imperatywnym tonem:
- Patrz. Patrz i milcz. Oczami się patrzy, nie buzią.
Na co nagle włączyła się Roxy:
- Buzią to można...
- Ty też bądź cicho. Jeszcze tego nam tutaj brakuje do szczęścia, żebyś ty nas teraz instruowała, co się robi buzią.
Tymczasem wiedźma siedząca pod ścianą rozejrzała się nagle, tak znacząco, jak to się robi w kafejce. Na co szybko zareagowała pani Renia, która podeszła do niej, po czym szybko skasowała rachunek za kawę. Gdy odeszła, czarownica wstała, poprawiła włosy, ubiór, po czym ruszyła do wyjścia. Po drodze jednak przystanęła na mikrochwilę i skinęła uprzejmie głową w kierunku stolika naszych głównych bohaterek. Wtedy Roxy robiąc ten sam gest syknęła cicho do Maliny, nie hisslangiem bynajmniej:
- Odkłoń się chamico jedna, sikałyście razem przecież.
Zaś gdy kobieta wyszła już z kafejki Anita znowu zabrała głos:
- Tyle czasu już was znam, ale pojęcia nie miałam, że jesteście aż tak egocentryczne. Przychodzi sobie dziewczyna na szybką kawę, a wyście szybko utłukły z dupy wziętą teorię, jakoby przyszła do was akurat, jakby nie miała już lepszych pomysłów na życie. Tymczasem ona pewnie pojęcia nie miała wcześniej zielonego, że my tu lubimy przychodzić. Jakoś do żadnej ślicznej główki nie chciał przyjść taki wariant.
- Ja nikogo ostatnio nie utłukłam.
Obruszyła się nagle Kaśka.
- Sorry Kasiu, nie ciebie miałam teraz na myśli, tylko te trzy kretynki. Ty jesteś w porządku w tym epizodzie. 
- To teraz nam opowiedz o tych szklanych kulach, jak to wszystko działa, stronę teoretyczną. Bo rudy Gryzoń nie umiał za bardzo.
Jak dobrze wiemy, Anita bardzo lubiła udzielać różnych wykładów, więc taka prośba robiła jej prawie tak samo dobrze, jak Borek podczas podczasu. Niestety do wykładu nie doszło, bo nagle Ośka głośno przypomniała światu o swoim istnieniu. Nita nachyliła się nad nosidełkiem, pociągnęła nosem, po czym wetchnęła:
- Ja pierdolę. Muszę znowu iść do kibla. Nie ma to, jak dobra, porządna kupa, we właściwym miejscu i momencie.
Bo jakby nie było, Pleciuga jako babska kafejka była znakomicie wyposażona, jeśli chodzi o tego typu awarie. Zaś gdy mama z córą pod pachą odeszły od stolika Kaśka wygłosiła puentę:
- Tak oto problemy realne górują nad problemami urojonymi.
Ale Malina nagle zaoponowała:
- Nie tak do końca. Z moich dotychczasowych obserwacji oraz doświadczeń wynika, że tak ogólnie, statystycznie rzecz ujmując, świat ludzki wcale tak nie działa, tylko całkiem odwrotnie.
Zaś Roxy nie mogła się powstrzymać od komentarza:
- Lalka, chyba nigdy w życiu nie odgadnę, czy ty naprawdę jesteś taka mądra dupa, czy tylko taką udajesz?
W tym momencie nagle Mala dorzuciła swoje trzy grosze:
- Lalka to jest Lalka i chuj!

23 sierpnia 2026

OSIEM PROCENT I NIE TYLKO

Do kolejnej gali organizowanej przez federację Mirka Orskiego Kaśka wystawiła Bójkę i Bitkę. Bombka przygotowywała się do innej, wyjazdowej walki, zaś Bęcka dopiero co wznowiła treningi, więc jej starty na razie były wykluczone. Obie wystąpiły w formule K1 nieco zbliżonej regułami do tajskiego boksu, po czym wklepały równo swoim przeciwniczkom. Nie było co zbierać, zaś widownia była tym razem nieco zawiedziona, gdyż były to mecze do jednej bramki. Kaśka jednak była zadowolona z formy swoich Neonówek, gdyż te przeciwniczki wcale nie były palcem robione. To były dobrze wyszkolone, do tego już nieco utytułowane dziewczyny. Ale trenerka miała jeszcze inny powód do dobrego humoru. Otóż na hali nie było bannerów sieci browarów, do tego też w barze nie sprzedawano drinków ani piwa. Za tym stała właśnie Kaśka, której nigdy nie podobało się sponsorowanie sportu przez firmy produkujące i sprzedające narkotyki. Tak wpłynęła na Orskiego oraz cały zarząd federacji, że zerwano współpracę ze wspomnianą siecią. To nie była łatwa decyzja, gdyż takie firmy dysponują naprawdę sporymi pieniędzmi. To kto zatem został sponsorem strategicznym? Ktoś może nieco biedniejszy, ale prowadzący działalność prozdrowotną. Było nim zrzeszenie firm uprawiających konopie na marihuanę oraz inne produkty z tej zacnej rośliny. Nie będziemy dodawać, że medyczną marihuanę, bo każda jest przecież medyczna, jeśli nie dodaje się do niej żadnej chemii. Tak więc na hali było bardzo zielono, nawet jeszcze bardziej, gdyż barwy ośrodka fitness Oktagon są również zielone. Zaś jak wiemy ów ośrodek również sponsoruje gale federacji Fight Show oraz niektóre inne imprezy sportowe.
Zaś następnego dnia, w niedzielę, na tej samej hali odbyły się targi konopne, które zorganizowało wspomniane zrzeszenie. Główną ich częścią były rzecz jasna różne stoiska handlowe, tudzież promocyjne, jedno nawet prowadziły właśnie Neonówki. Jak pamiętamy jakiś czas temu dziewczyny przebranżowiły się. Kiedyś sprowadzały i rozprowadzały narkotyki, takie z wyższej półki, obecnie przerzuciły się na marihuanę. Tą legalną, pod legalnym szyldem zresztą. Ale dla wtajemniczonych miały też w ofercie te mniej legalne, szlachetne odmiany. Oprócz stoisk na targach miała też miejsce działalność edukacyjna. W bocznej sali konferencyjnej można było wysłuchać rożnych prelekcji, prezentacji, wziąć też udział w ewentualnych dyskusjach. Na jedną taką prezentację poszła ekipa znajomych czarownic plus ich bliskie osoby. Co prawda na temat Zioła wiedziały prawie wszystko, ale od przybytku wiedzy głowa nie boli. Temat akurat był dość ciekawy, bo dotyczył marychofobii.
Jak wiemy, nie jest to rzadka przypadłość niestety, to ona blokuje legalizację Zioła, czyli pomaga rozwijać się narkomanii, głównie tej alkoholowej. Marychofobi z reguły mają niewielką wiedzę, do tego wybiórczą, za to mnóstwo poglądów. Zaś dzielą się oni na miękkich i twardych. Miękkiego marychofoba można jeszcze jakoś wyleczyć za pomocą odpowiedniej edukacji. Twardy marychofob to przypadek nieuleczalny, zaś gdy się takiego rozpozna należy od razu przerwać rozmowę, bo jest to strata czasu. Chyba taki właśnie trafił na salę na prezentację. Gdy mówczyni skończyła prelekcję zwyczajowo poprosiła obecnych o ewentualne pytania lub uwagi. No, i zaczęło się. Otóż z tylnego rzędu krzeseł podniósł się pewien pan, który zapodał:
- A ja nie muszę brać narkotyków, żeby sobie poprawić nastrój.
Prelegentka odparła z uśmiechem:
- Bardzo ciekawa autoprezentacja, tylko że my akurat teraz nie rozmawiamy o narkotykach, lecz o marihuanie. Zaś jeśli o nią chodzi, to bardzo niewiele osób jej używa dlatego, że musi. Procent osób uzależnionych jest znikomy, wręcz marginalny. 
- Podobno osiem procent użytkowników.
Rzucił ktoś z sali, na co pani stwierdziła:
- Tak, ta liczba często się pojawia w statystykach, ale należy zwrócić uwagę na to, jak ona powstała, jak ją wyliczono.
- Jak?
- To może kolega odpowie, bo coś wie na ten temat.
Z pierwszego rzędu podniósł się pan, który odwróciwszy się oznajmił zgromadzonym słuchaczom:
- Ja jestem w tych ośmiu procentach, choć wypaliłem tylko jednego jointa w życiu. Nie do końca zresztą. Jeśli państwo pozwolą, to opowiem swoją historię. Otóż za młodu, za studenckich czasów byłem uzależniony od opiatów, konkretnie od brown sugar. Nie będę tego rozwijał, w każdy bądź razie nastąpił moment, w którym postanowiłem coś z tym zrobić. Udałem się do stosownej poradni, po czym trafiłem do miłej pani psycholog, która przepytała mnie z mojej, że tak powiem kariery narkomańskiej. Opowiedziałem jej wszystko, nic nie ukrywałem. Jak każdy ćpun zaczynałem od alkoholu, a potem...
- Podobno to od marychy się zaczyna.
Wtrącił ktoś z sali.
- To jest akurat mit, kompletna nieprawda, ale o tym może już koleżanka opowie. Za to zapytano mnie o tą właśnie marychę. Powiedziałem prawdę, że raz spróbowałem, zakaszlałem się i mi się odechciało. Pani psycholog to pewnie zanotowała, bo po pewnym czasie potrzebne było mi zaświadczenie z poradni, takie pełne, z podaniem rozpoznania. Ku mojemu zdumieniu, już póżniej, przeczytałem na tym świstku, że mam rozpoznane uzależnienie od opioidów i od kanabinoidów, czyli marychy na ten przykład. Takich ludzi jak ja jest naprawdę wielu. Wystarczy wspomnieć podczas wywiadu, że się tylko próbowało, a w historii choroby pojawia się wpis o uzależnieniu. Teraz już wiemy, skąd się wzięło te osiem procent w statystykach.
Piłkę przejęła prowadząca spotkanie:
- Jak widać szanowni państwo błędne statystyki biorą się ze złych diagnoz. To dotyczy zresztą wielu innych uzależnień, ale narkotykami teraz nie będziemy się zajmować. Za to warto jeszcze wspomnieć o tym, że bardzo często maryśka sprzedawana pokątnie wcale nie jest maryśką. Jest to zwykle mix z jakimś narkotykiem i to od niego ludzie się uzależniają. Zaś faktycznie uzależnionych od czystego ziela jest może jakiś ułamek procenta. To skoro jeden mit został obalony, to weźmy się może za ten drugi, o którym ktoś wspomniał.
Kobieta upiła niewielki łyk wody z butelki stojącej na stoliku, po czym zakontynuowała:
- Szanowni państwo, na świecie jest ileś tam procent ludzi uzależnionych od narkotyków, włącznie z alkoholem rzecz jasna. Trzeba o tym wspomnieć, gdyż dla wielu marychofobów alkohol to nie narkotyk, tylko coś innego, jak to oni mówią. Do tego dodajmy procent ludzi używających narkotyki ryzykownie. A teraz wyobraźmy sobie świat, w którym nie istnieje marihuana. Po prostu nie ma jej, nie rośnie nigdzie taki gatunek roślin, jak konopia. Jak myślicie, czy ten wspomniany wcześniej procent uzależnionych i ryzykownych użytkowników zwiększy się, czy zmniejszy? A może wcale się nie zmieni? Kto jest za tym, że się zmniejszy? Ręka w górę proszę. Jakoś nie widzę. Nawet pan, który nie musi jakoś się nie pali do oddania głosu. A teraz ręka w górę za tym, że się zwiększy. Istny las rąk. A kto za tym, że się nie zmieni? Jest kilka osób. O czym to wszystko świadczy? 
Prelegentka znowu napiła się wody.
- Obalany teraz mit czasem nazywa się teorią bramy. Że niby marihuana jest tą bramą do narkotyków. Teoria, którą nauka już dawno wyrzuciła na śmietnik, ale wśród marychofobów wciąż jeszcze trzyma się mocno. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Tak jakoś jest, że ludzie, jakaś ich część chcą sobie zmienić percepcję. Powody bywają rozmaite. Jedni dla czystej zabawy, rozrywki, drudzy dlatego, że świat na trzeźwo jest dla nich nie do przyjęcia. Ta pierwsza motywacja wygląda na zdrową, ta druga już nie za bardzo, ale zostawmy oceny na boku. Pewna część zapali lub zawapuje Ziela i im to wystarczy. Drugim trzeba większej zmiany, więc sięgają po narkotyki. Gdyby Ziele nie istniało lub było niedostępne, to wszyscy by sięgnęli po narkotyk. Czyli marihuana nie jest żadną bramą, tylko rodzajem zapory na której część amatorów zmiany się zatrzymuje. Proste.
Kobieta zamilkła na chwilę, po czym dodała:
- Dziękuję państwu za uwagę, miłego dnia.
Zabrzmiały gromkie oklaski, ludzie powoli zaczęli wstawać ze swych krzeseł i przemieszczać się w stronę wyjścia. Także wiedźmy. Ale jedna, rudowłosa sięgnęła dyskretnie do torebki by wyjąć zeń mały flakonik. Po czym podeszła do mężczyzny, który rzucił ową żenującą uwagę na temat poprawiania nastroju. 
- Panie ładny, niech pan sobie wyobrazi, że ja i moje przyjaciółki używamy Ziela. Ale nikt i nic nas do tego nie zmusza. Po prostu chcemy to robić. Aha, i jeszcze coś, ale to już na ucho.
Pan ładny pochylił odruchowo głowę, zaś Roxy, gdyż ona to była, musnęła palcami jego skroń i zaczęła mu coś szeptać do wspomnianego ucha. Po czym wróciła do swojej gromadki. Wtedy niewysoka blondynka z bujnymi włosami do samej pupy, czyli Mala, zapytała ją szybko:
- Sugestrix?
- No.
- Co mu powiedziałaś?
- Trochę poglądów zastąpiłam mu odrobiną wiedzy. Sugestrix nigdy nie działa zbyt długo, ale przez dzień, dwa ten pan będzie trochę mądrzejszy. I może potem coś zapamięta.
Mala zachichotała i liznęła Rudą po policzku.

06 sierpnia 2026

I BYŁO SIĘ MARTWIĆ NA ZAPAS?

Gdy w jakimś związku pojawi się ich wspólne bobo, to statystyki mówią, iż nieraz dochodzi do pewnego kryzysu. Czasem jest on tak gruby, że związek zaczyna trzeszczeć w szwach, czasem nawet rozwala się z hukiem wielkim. Czemu tak? Pokrótce briefując to temu tak, że on jej nie kocha, bo za mało pomaga, woli uciekać na metaforyczne piwo uogólnione, zaś ona go nie kocha, bo mu metaforycznej, uogólnionej dupy nie daje. Zaś empatii wtedy brakuje, tudzież zrozumienia po obu stronach.
Falibor sporo nasłuchał się i naczytał na ten temat, więc miał centralnie spore obawy. Tak jakoś tuż przed wyjazdem Anity zwierzył się z nich swojej siostrze Malinie. Ta go wysłuchała uważnie, przybrawszy swoją ulubioną minę słodkiej idiotki, tym razem w zadumanej wersji. Gdy skończył, to najpierw oznajmiła:
- Eh...
Po czym wzięła głęboki wdech, niczym owa Nita i oznajmiła:
- Boreczku mój ozdobny. Czasem jestem dumna, że mam mądrego brata, czasem jednak czuję krindż, że jest to kompletny idiota. Teraz widzę tego drugiego, nie wiedzieć czemu.
- No, ale...
- Coś mówię teraz, nie przerywaj! Po pierwsze, to ja wcale się nie martwię o ciebie w roli taty. Już po kilku dniach będziesz przewijał Ośkę nader wprawnie, szybciej, niż komandos składa i rozkłada kałacha. Nie przerywaj, wiem, że nie o to cię dupa boli. Ale jak omawiać temat, to porządnie. To teraz odpowiedz mi na pytanie, czy przez te wasze pięć lat razem Nitę kiedykolwiek bolała głowa? Mów śmiało, ja wiem wszystko na wasz temat.
- Jak to wszystko?
- Ogólnie wszystko. Detali nie znam. Nita to nie Roxy, detali nie opowiada. Ale detale są tu zbędne akurat, nie ma potrzeby ich poruszać. No? Więc jak z tą bolącą głową mojej bratowej?
- No... Nie... Znaczy wszystko jest prawidłowo. Co prawda Pupcia jest obecnie nieznośna, upierdliwa jak złośliwy krasnolud, ale jak przychodzi co do czego...
- Właśnie. Przychodzi. I o to chodzi. Poza tym wiesz, jakie jest jej największe zmartwienie. Żeby jej agnieszki nie zepsuto, więc dlatego jedzie rodzić do najlepszej firmy. Tylko po co jej taka sprawna agnieszka? Przecież nie do kopania kartofli, tak? Tylko do twojego osobistego użytku.
- Lalka, ja to wszystko dobrze rozumiem. Ale jakby nie było, nawet najzdrowszej psychicznie kobiecie może się zdarzyć, że jej odbije po porodzie. Tak?
- Nita jest zdrowsza od zdrowieja.
- Szkoda, że tu nie mieszkasz.
- Chciana ciąża to nie choroba. Więc takie ciążowe padanie na dekiel się nie liczy. Za to jak pojedzie, urodzi, przyjedzie, to będzie zdrowa do spodu. W tych sprawach też.
- Przecież nie jesteś wróżką, bo wróżek nie ma. Sama mówiłaś.
- Ale wiedźma wie. Po prostu zaufaj mi i myśl pozytywnie.
Tu Malina nagle chwyciła Borka za głowę i pocałowała go tak nie do końca po siostrowemu, tylko w sposób na który tylko Anita ma autoryzację. Ale siostrze wolno, tak od czasu do czasu dla sportu.
Jak już wiemy Anita pojechała, urodziła, przyjechała. Sporo się działo. Borek był tak przejęty całą zaszłą sytuacją, że jakby zapomniał o problemie, który sam sobie stworzył z niczego. Za to wieczorem, gdy wyszedł z łazienki Anita dopadła go susem. 
- Gdy Ośka śpi, rodzice harcują.
Tylko po chwili owych harców rzuciła nagle:
- Tam mi jeszcze nie grzeb na razie.
Mimo to poradzili sobie dość szybko. Zaś już po wszystkim, tuż przed zaśnięciem Borek westchnął jakby do siebie:
- Czasem głupia ta moja siostra. A czasem głupia inaczej.
A potem ni z gruchy, ni z pietruchy Ośka rozdarła się po całości bez uprzedzenia. Anita uniosła się na łóżku i oświadczyła:
- Miłosna noc po miłosnym wieczorze. No, to kurwa pospaliśmy.

31 lipca 2026

LWIĄTKO

Sobotnia walka Bombki Zosi Yakuzy była bez cienia wątpliwości ważnym wydarzeniem, przykryło ją jednak inne, nieco ważniejsze. Zbriefujmy więc tylko, że to była naprawdę porywająca walka dla znawców, koneserów sportów walki, choć gawiedź bez pojęcia, żądna tylko rzeźni mogła czuć się nieco zawiedziona. Ale federacja Mirka Orskiego odpuściła już sobie dawno ten target, jako jedyna zresztą wśród innych firm freak fightowych. Więc zdanie gawiedzi jest tu niczym. Zaś sama walka zakończyła się remisem. Bardzo ciekawym zresztą remisem, gdyż wszyscy, naprawdę wszyscy byli zadowoleni. Wszyscy oprócz gawiedzi, ale to już wyjaśniono.
Zanim jednak doszło do owej soboty był jeszcze czwartek. Jak wiemy, czwartkowe popołudnia nasze czarownice spędzają sobie w Pleciudze, ale tym razem przy stoliku były obecne tylko trzy. Czemu? Temu:
- Chyba już dojechały?
Spytała nagle Malina. Na co odparła Kaśka:
- Chyba jeszcze nie dojechały.
- Ruda lubi przycisnąć na trasie.
- Tym swoim rzęchem? Weeeź. Poza tym wiezie kobietę w ciąży. Takie się chyba powinno wozić z wyczuciem, nie? Bez furii.
- Chyba, żeby zaczęła już rodzić.
Rzuciła nagle Mala. Ale Kaśka odparła szybko:
- Nita jeszcze nie zaczynała rodzić, jak dobrze wiem.
- Ciekawe skąd?
Spytała nagle Malina.
- Przecież nie z witchneta. Lalka, co jest z tobą dzisiaj?
Mala też nie odpuszczała:
- To może zadzwońmy?
- Próbuj, powodzenia. Ale ja miejscu obu wyłączyłabym telefon. Nigdy nie rodziłam, ale jakbym jechała rodzić, to bym nie chciała, żeby mi ktoś dupę wtedy zawracał.
Tu znowu włączyła się Malina:
- To może zadzwoń do Gajki, czy już przyjechały?
- Dobrze, spróbuję.
Kaśka sięgnęła po telefon. To trwało chwilę, bo rozmowa toczyła się hisslangiem. Ale nic z niej za bardzo nie wynikło:
- Tak, jak myślałam. Gajka nawet pojęcia nie ma bladego, że któraś od nas się do nich wybiera. Ale obiecała, że się dowie.
- Czemu tak myślałaś?
- Lalka, co cię nagle napadło? Masz dziś jakiś dzień głupich pytań wpisany do grafika? Temu myślałam, bo Gajka ma tam teraz inne zajęcia, niż pilnowanie bramy. Czy też porodówki. Ona jest tam teraz szycha, bardzo zajęta osoba, nie jakaś tam sobie tylko szeregowa wiedźma.
- Ale wiedźma wie. A poza tym nie ma szeregowych czarownic, do tego jeszcze niezajętych. Kto to słyszał takie rzeczy?
- I kto to mówi? To jeżeli wiedźma Malina wie, to niech wiedźma Malina sama się wywie i nam powie, czy już dojechały, czy nie.
Gaja okazała się być jeszcze bardziej zajętą, niż bardzo zajętą osobą, bo zadzwoniła do Kaśki dopiero sobotnim wieczorem. Ale Kaśka pracowała wtedy w narożniku Bombki, więc nawet nie miała jak usłyszeć telefonu. Gala sportów walki to nie opera. Tam widownia nie trzyma jap na kłódkę, tylko je pruje. Koneserzy również. Dopiero po walce przeczytała esemesa:
- Są.
Wiedźmy Benges bywają czasem dość lakoniczne.
Ale tak, czy owak nikt już potem nie próbował nigdzie dzwonić. Podczas jakiejś gdzieś rozmowy Kaśka skwitowała to tak:
- Co się ma urodzić, to się urodzi. Jak się urodzi, to samo do nas zadzwoni. Więc nie ma powodów do żadnej paniki.
Więc nikt panikował. Tylko Malinę coś nagle tknęło we wtorek po pracy, żeby zajrzeć do swojego brata Borka, przyszłego tatusia zresztą. Swoim zwyczajem wpadła jak bomba do domu Anity, ale już w salonie stanęła nagle jak wryta.
- Okurwajapierdolę! Co to za chlew? Boreczku, jak ty możesz tak mieszkać? Była akademia jakaś tu, czy co? Możesz mi coś opowiedzieć o tym wszystkim?
Faktycznie, salon wyglądał jak niezłe poimprezowisko. Najbardziej rzucały się w oczy opakowania po różnych fastfudach oraz plastikowe butelki po napojach. Siedzący na sofie Falibor z kotem Dredkiem na kolanach zaprotestował:
- Nie było żadnej akademii, żadnego imprezowania. Przeważnie byłem tu tylko ja, nasz magiczny kot i mój ulubiony ostatnio Święty Spokój. I robiliśmy nic.
Malina zasępiła się na chwilę, po czym odparła:
- Zasadniczo nie ma przesłanek, aby ci nie wierzyć. Nitka zawsze cię chwali, że ma dobrego chłopa. Tylko ten śmietnik mi nie pasuje. Oko mnie boli od niego.
- Jeść trzeba. Się je, to się śmieci.
Malina jakby trochę odpuściła. Spytała tylko:
- Ogarniesz to jakoś?
- Teraz? Mowy nie ma.
- A czemu to?
- No, rusz żesz trochę tą swoją tęczową blondi. Anita jeszcze nie urodziła. Za to jak urodzi, to tak od razu się nie pojawi. Jeszcze musi połóg odbębnić, czy jak mu tam. Więc po co mam robić dwa razy to samo?
- Nie można zaprzeczyć pewnej logice tego rozumowania. Ale tak od drugiej strony... Nie przeszkadza ci ten bajzel teraz?
- Nie. Gdy ma się Święty Spokój, to nic nie przeszkadza.
- Chyba odwrotnie?
- Odwrotnie też mi nie przeszkadza.
Tak naprawdę, to Malina jednym prostym magicznym urokiem mogła zmienić Borka w maszynę do sprzątania, ale miała też zasady, aby nie nadużywać czarów. Zwłaszcza wobec bliskich. Więc tylko wetchnęła:
- Dobrze, ja pas. To zrób mi chociaż coś do picia. Bo ja do kuchni boję się wchodzić. Tam musi być jeszcze gorzej.
W tym momencie nagle pisnęły dwa telefony równocześnie. Oboje rzucili okiem na swoje aparaty, po czym padło, też równocześnie:
- Nitka!
- Ruda!
Pierwszy przeczytał Borek:
- Kochanie, masz córę.
Malina zaś:
- Jesteśmy ciotkami.
Popatrzyli oboje na siebie, wreszcie Malina oznajmiła:
- Wiesz, co teraz zrobimy?
- Na pewno nie będziemy jeszcze nic sprzątać.
- Właśnie że będziemy. Tak kontrolnie, żeby siary nie było.
- Ale po co?
- Ty dzwonisz do chłopaków, ja do dziewczyn i robimy pępkowe.
- Nie kojarzy mi się to dobrze.
- Rozumiem. Żyjemy w ćpuńskim kraju, gdzie każda okazja jest dobra do nawalenia się. Ale my się nie nawalimy. Zero narkotyków. Kawa jest? Jest? Herbata jest? Jest. Marycha jest? Jest. Zamówi się pizzę i nic więcej nie trzeba.
- Pikolo dla Mali nie ma.
- Jest. Nita zawsze trzyma jakiś zapas dla niej, jak wpadnie coś pomóc. Ech, te chłopy, dać im babę na stałe, to potem nie wiedzą, co mają we własnej spiżarni. No, ojciec! Ruchy!
Tak więc pępkowe się odbyło, potem Borek miał jeszcze kilka dni na swój Święty Spokój, zaś tuż przed przyjazdem Anity z pierogiem na ręku, zwanym Stella Oktawia, przyjechała Mala i sama ogarnęła całe sprzątanie. Bo Mala to Mala i wszystko jasne.
Skoro o Mali mowa, to dodajmy jeszcze, że gratulując Borkowi jako jedyna nie zadała kretyńskiego pytania brzmiącego:
- Ile waży?
Po latach Falibor z pewną dozą rozrzewnienia wspominał te dni:
- Pierwsze dni ojcostwa są najlepsze. A potem niestety wraca baba z porodówki i Święty Spokój wynosi się z domu na bardzo, bardzo długo. Za to pęta się po nim rozwydrzona, rozpuszczona do szpiku kości smarkula i ciągle chce jakichś pieniędzy.
A dlaczego Lwiątko? 
C'mon...
Ta literatura nie jest tworzona dla idiotek, ni idiotów.
Za to niniejsze oto dziełko dedykowane jest pewnej Jubilatce na okoliczność Jej ostatnich...
Czego Jej?
Brawojasiu, skoro Jubilatce, to przecież nie Imienin.

14 lipca 2026

Był sobie kot

Zasadniczo nie uprawiam bloggin' classic, od dawna już zajmuję niszę blogowania literackiego, które jest dość elitarne, bo niewiele osób tak umie. Niewiele osób też pojmuje takie teksty, bo jak wiadomo, literatura nie jest dla idiotek/ów. Więc jeśli ktoś liczy na liczną frekwencję na forum, na duże grono czytających, to się przeliczy. 
No, ale do rzeczy. Odbyła się taka rozmowa:
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie. 
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.
Lucjana pochowaliśmy w zeszły poniedziałek. Miał piętnaście lat.

08 lipca 2026

ANITA NA OSTATNIEJ PROSTEJ: PRZYPADEK BĘCKI

Twórczość blogowa ma to do siebie, że real rulez, więc nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następny odcinek baśni. Mówimy rzecz jasna o hobbystach, a nie o nałogowych pasjonatach.
No, ale do rzeczy:
Otóż następnego dnia po walce Zośki Yakuzy odbył się letni sabat kwartalny. Nie było jednak całej piątki naszych wiedźm w całym komplecie. Wyłamała się Mala, która miała sesję na uczelni, więc zdawała egzaminy. Nie dało się tych terminów przeskoczyć, nawet tak zdolnej czarownicy jak ona. Za to była ona na tyle zdolna, że zaliczyła dwa lata po jednym roku jedynie. Gdy ją psiapsie zapytały potem w Pleciudze, co tak skromnie, odparła:
- Ostatnio jestem bardzo zajętą osobą.
Po czym ta bardzo zajęta osoba zabrała swoją arcysexy dupinę wew troki i pojechała do innego miasta udzielać jej niejakiemu Łukaszowi. Na cały następny weekend plus poniedziałek. Jak pamiętamy, Łukasz to jest jeden z jej dwóch przydupasów na bieżące potrzeby, to się teraz nazywa fuckin' friends. Początkujący młody lekarz na rubieży oraz niewydarzony mag. Ale w innych sprawach jest on nieźle wydarzony, zaś Mala nie pojechała do niego przecież, aby praktykować magię, tylko pooglądać jego kolekcję motyli. Wespół wzespół, czy jakoś tak.
Ale wróćmy może do sprawy sabatu, bo wcześniej było pewne zamieszanie dookoła tegoż. Trzeba jednak najpierw wrócić do wcześniejszego sabatu, tego, na którym dekatyzowano złodziejkę Shiagu. Otóż po tej imprezie niejaka Mila, wiedźma o anielskim pysiu poczuła natchnienie liderskie i uznała, że urządzi letni sabat kwartalny na którym ma być obecne pół miasta. Znaczy nie dosłownie, chodzi o czarownice tego miasta, bardzo wielkiego zresztą. Jak na ten kraj wielkiego. Na ten sabat zaprosiła rzecz jasna naszą piątkę, ale Roxy, w imieniu swoim oraz całej reszty pokazała jej wała. Poszło głównie o termin. Bo jak wiemy, nasze wiedźmy są ortodoksyjne w temacie sabatów kwartalnych. Muszą być one epicentralnie w porach astronomicznych. W tym roku była to dziesiąta dwadzieścia cztery. Trochę trudno jest w biały dzień zebrać na opuszczonym lotnisku gromadę, jakby nie było wystrzałowych kobietek tak, aby nie zwróciło to uwagi osób postronnych. Tu kopuła niewidka na wiele się nie zda. 
Poza tym była też kwestia Anity, która jest na ostatniej prostej przebiegu ciąży, ale jest też na ostatnich nogach psychicznie. Poza tym z definicji nie wolno jej uprawiać zbyt ostrych czarów. To teraz weź tu człowieku wlecz taką zmaltretowaną paniunię po nocy na drugi koniec miasta. Takie coś nie może dobrze działać, nie może też się dobrze skończyć. No, ni bolca, nie da się.
Tu chyba nie trzeba przypominać, że to jest uniwersum, gdzie działa magia realna, nie jakieś tam bajeczki fantasy, gdzie garnki same się szorują. Magia magią, ale rąsią też nieraz trzeba.
Tak więc cała czwórka, bo już bez Mali, ale plus jeszcze parę znajomych po linii magii od Cioci Lali, zrobiła taki szybki sabat pompujący. Dobrymi vibami pompującymi Anitę. Trochę też dostał Borek, tak na odległość, na prośbę Maliny zresztą, bo on też miał już dość marudnej baby w chałupie. Co prawda to chłop cierpliwy, nie skarżący się, ale Lalka, jako siostra świetnie czuła, że coś jest z nim nie tak do końca.
Czy zabieg zadziałał? Na Borka jakoś na pewno, bo zaczął brać nadgodziny. Trochę też dlatego zaczął, bo Anita poszła na zwolnienie, co wyjaśniła potem w Pleciudze tak:
- Pierdolę, nie chce mi się.
Może to też była kwestia chwilowej fali upałów, bo tego czwartkowego popołudnia wszystkie wiedźmy przy stoliku robiły wrażenie, że im też się nic nie chce. Poza Malą, która wierciła się na krześle wyjątkowo wiertliwie. Ale ona żyła wyjazdem do Łukasza, więc nasterydowane osy, znane jako szerszenie dawały jej w odwłoku wyjątkowo do wiwatu. 
Ale przy wspomnianym stoliku jeszcze coś innego było nie tak. Za sprawą Kaśki. Bo z Kaśką jest ogólnie jest tak, że ją nigdy nie boli głowa. Nie chodzi bynajmniej o sprawy bazowe, tylko o taki ogólny ból głowy o coś. Może inaczej. Kaśki bóle głowy to trochę tak, jak chodzenie prawdziwej hrabiny do ubikacji. Czy ktoś kiedyś widział prawdziwą hrabinę idącą do ubikacji? Lub ją opuszczającą? No, właśnie. Można o to co prawda zapytać Malinę, ale tylko można. Bo działać nie będzie. Tym razem jednak boleść kasinej głowy emanowała po całej okolicy. Co prawda Kaśka umie dobrze maskować aurę, ale nie przed na przykład Anitą, czy Roxy. Ta pierwsza, jak już wiemy chwilowo ma wyrąbane na całokształt, ale Ruda nie za bardzo. Więc zapytała, tak trochę ostrożnie, jakby nie po swojemu, nie w swoim stylu, z pewną dozą nieśmiałości:
- Kasiu... Powiesz nam? 
Kaśka spojrzała na nią wzrokiem Komancza przy palu męczarni. Czyli jak krowa na pociąg. Tak mają prawdziwi Komancze, którzy mają przesrane. Bo jak inaczej nazwać sytuację takiego Komancza przytroczonego do owego pala? Twarze tych wojowników nie wyrażają wtedy nic. Ale Roxy nie odpuszczała. To było co prawda już ciągnięcie tygrysa za ogon, ale Ruda na ogonach zna się nieźle.
- No? Siostra? Zrelaksuj poślady. Nie droczę się, pytam poważnie.
Malina spojrzała na Kaśkę jakby pytająco. Zrobiła to też Mala, która choć zajęta srayphonem, to percepowała wszystko, co się działo. Za to Ruda kontynuowała:
- Jesteś świeżo po sukcesie. Twoja Zośka wygrała prestiżową walkę. Sama widziałam. To co się zatem kurwa z tobą teraz dzieje?
Kaśce chyba coś puściło, bo westchnęła:
- Zośka wygrała... Ale...
- Ale? Są jakieś Alicje w tej twojej drużynie? O ile dobrze się orientuję, to te twoje drapieżne ślicznotki bojowe wszystkie są na literę Be? Dobrze to rozmawiam?
Roxy urwała na chwilę, po czym dodała:
- Aaaa... Już wiem! Tu cię piczka gryzie! Bęcka?
Kaśka kiwnęła głową.
- Ale przecież to było ponad miesiąc temu?
- Nie. Tamto to było tamto. Każda, nawet najlepsza musi czasem dostać w dziób. Mnie chodzi o to, co jest teraz.
- A co jest teraz, bo chyba nie jestem na bieżąco?
Kaśce puściło całkiem, upiła łyk pleciugato i oznajmiła:
- Fizycznie to ona jest już dawno okay. Ale psychika? Coś koszmarnego. Nie idzie się z nią dogadać. A dłużej już pod tym zaklęciem nie mogę ją trzymać, bo jej się zrobi mózgoplazma. Za to jak znowu wróci na salę, to...
- To się weźmie do roboty. Tak?
- Tylko, że jej jeszcze nie wolno. Przecież nie postawię herodów na wejściu do klubu, żeby jej nie wpuszczali. A jak postawię, to pójdzie gdzie indziej i sobie zrobi kuku. Zaczyna mnie to już trochę przerastać. Bynajmniej i przynajmniej.
- Nooo... Tego jeszcze ta orkiestra tutaj nie grała. Jak nasza Maczeta mówi, że coś ją przerasta, to znaczy, że...
- To znaczy, że mówi o Daśku.
Pisnęła szybko Mala. Ten żart rzucony ni w cipę, ni w oko wywołał nagle huragan śmiechu. Miał on jednak pewien sens, bo jak wiemy, Adaśko, facet Kaśki jest wyjątkowo wielkim kawałem chłopa. Roxy jednak uspokoiła piłkę:
- Nie, nie, nie Maleczko. Z seksem to nasza Kasia na pewno nie ma problemów. Czego nie można powiedzieć o tobie. Zaraz będziesz musiała zwracać za krzesło, bo dupą dziurę wyseksisz.
W tym momencie Anita wyłączyła swoją zblazowaną minę i weszła do akcji, poprzedziwszy to swoim rutynowym głębokim wdechem:
- Czekajcie siostry. Wasze problemy z seksem może odłóżmy na później. Na razie to ja wchodzę w tą Bęckę. Nie znam panienki, ale to bez znaczenia. Uruchomię tylko Pati, ona jest neurolożka, to ją zbada od swojej strony. Tak, żeby wszystko było dopięte. Kasiu, tylko wprowadź mnie w temat, o co chodzi centralnie, opisz mi przypadek. Nudzi mi się w pracy, nudzi mi się na zwolnieniu, to chętnie porobię coś innego. Nie znam się na psychologii sportu, ale to chyba nie ma znaczenia?
- Jasne! Nitka! Czemu ja wcześniej sama na to nie wpadłam?
To wcięła się Mala. Bo to jest tak, że Anita nie jest zawodową psychoterapeutką, tylko raczej naturszczyczką. Ale co pomogła Mali swojego czasu, to pomogła.
Kaśka szybko wyklarowała Anicie przypadek Bęcki. Potem zaś wiedźmy zapłaciły rachunek i wyszły z Pleciugi do swoich innych zajęć. Rozmowy o seksie nie było wcale. Czemu? Bo czarownice nie mają problemów z seksem.