Zbliża się czas wiosennego naturalnego święta astronomicznego, ale tu nasz Czas Rzeczywisty nieco się opóźnił, więc akcja dzieje się w czwartek tuż przed Dniem Kobiet.
Przy stoliku w Pleciudze brakowało tylko Maliny, ale wiedźmy i tak zamówiły już dla niej kawę plus rurkę z bitą śmietaną, żeby nie fatygować pani Reni dwa razy. Przy piłce była akurat Roxy, która wyjaśniała pewien aspekt pedagogiki specjalnej wobec facetów.
- Ja do Miśka mam zaufanie, ale tak dla całkowitej pewności rano wbijam w niego porządne śniadanie, przedtem jeszcze daję mu głowy, tak na szybkiego. Chodzi o to, że jak chłopa się puszcza samego, to najlepiej, gdy ma pełny żołądek i puste klejnoty.
- Na zbyt długo to nie działa.
Odparła Anita dodając jeszcze:
- Jak chcesz mieć pewność, to tkasz klątwę kastrującą.
- Taka paranoiczka to ja nie jestem. Poza tym mam tak samo, jak ty z Borkiem. Nie czaruję. Zdobyłam go bez czarów, pedagogizuję go też bez czarów. No, chyba że jest chory, ale to raz tylko się podparłam magią, jak się ostro przeziębił.
Nagle zmieniła temat i rozmówczynię:
- A, Kasiu. Wiesz, namówiłam taką jedną kobitkę w firmie na Oktagon. Teraz wyobraź sobie, że minęło ze dwa tygodnie, ona do mnie przychodzi, mówi że zapisała się przez net, ale nie widać efektów. Powiedziała, że wreszcie musi się w końcu tam wybrać, żeby zgłosić reklamację.
- Kogo ty zatrudniasz? Ja wiem, że mnóstwo bab to kretynki, ale że aż taki jest ogrom nieszczęścia? Pojęcia nie miałam.
- A faceci, szczególnie żonaci marzą raczej o pięknych i mądrych żonach. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie jest tak?
To wtrąciła nagle Mala i rozejrzała się po wszystkich oczekując odpowiedzi. Ale panie najpierw pośmiały się chwilę, wreszcie Anita odezwała się tak.
- Właśnie. A propos żon, to w pracy mam taką mądrą inaczej. Ostatnio się mnie czepnęła, że na Borka mówię mąż. Bo mówi, że ślubu nie mamy. A jakie to ma znaczenie? Ślub to tylko dodatek do związku. To nawet nie jest kropka nad i tylko ornament.
Na co zareagowała Roxy:
- No, ludzie nieraz mają takie podejście do ślubu. Papierek to dla nich priorytet. Ba, wiele osób po to tylko wchodzi w związki, aby być w związku i po to biorą śluby, żeby być tylko żonaci lub mężaci. A z kim? To już jest sprawa drugorzędna.
Przy stoliku w Pleciudze brakowało tylko Maliny, ale wiedźmy i tak zamówiły już dla niej kawę plus rurkę z bitą śmietaną, żeby nie fatygować pani Reni dwa razy. Przy piłce była akurat Roxy, która wyjaśniała pewien aspekt pedagogiki specjalnej wobec facetów.
- Ja do Miśka mam zaufanie, ale tak dla całkowitej pewności rano wbijam w niego porządne śniadanie, przedtem jeszcze daję mu głowy, tak na szybkiego. Chodzi o to, że jak chłopa się puszcza samego, to najlepiej, gdy ma pełny żołądek i puste klejnoty.
- Na zbyt długo to nie działa.
Odparła Anita dodając jeszcze:
- Jak chcesz mieć pewność, to tkasz klątwę kastrującą.
- Taka paranoiczka to ja nie jestem. Poza tym mam tak samo, jak ty z Borkiem. Nie czaruję. Zdobyłam go bez czarów, pedagogizuję go też bez czarów. No, chyba że jest chory, ale to raz tylko się podparłam magią, jak się ostro przeziębił.
Nagle zmieniła temat i rozmówczynię:
- A, Kasiu. Wiesz, namówiłam taką jedną kobitkę w firmie na Oktagon. Teraz wyobraź sobie, że minęło ze dwa tygodnie, ona do mnie przychodzi, mówi że zapisała się przez net, ale nie widać efektów. Powiedziała, że wreszcie musi się w końcu tam wybrać, żeby zgłosić reklamację.
- Kogo ty zatrudniasz? Ja wiem, że mnóstwo bab to kretynki, ale że aż taki jest ogrom nieszczęścia? Pojęcia nie miałam.
- A faceci, szczególnie żonaci marzą raczej o pięknych i mądrych żonach. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie jest tak?
To wtrąciła nagle Mala i rozejrzała się po wszystkich oczekując odpowiedzi. Ale panie najpierw pośmiały się chwilę, wreszcie Anita odezwała się tak.
- Właśnie. A propos żon, to w pracy mam taką mądrą inaczej. Ostatnio się mnie czepnęła, że na Borka mówię mąż. Bo mówi, że ślubu nie mamy. A jakie to ma znaczenie? Ślub to tylko dodatek do związku. To nawet nie jest kropka nad i tylko ornament.
Na co zareagowała Roxy:
- No, ludzie nieraz mają takie podejście do ślubu. Papierek to dla nich priorytet. Ba, wiele osób po to tylko wchodzi w związki, aby być w związku i po to biorą śluby, żeby być tylko żonaci lub mężaci. A z kim? To już jest sprawa drugorzędna.
Mala zaooponowała:
- Niekoniecznie. Dla mnóstwa bab strasznie kasa się liczy. Czy nawet tylko kasa. Dla nich ślub to taka inna forma prostytucji. Nie na jedno zlecenie, tylko na etat. Nawet lepsza od tej klasycznej, bo łatwiej oszukiwać, obijać się w robocie. Za to jak się chłopu noga powinie, zbankrutuje, czy coś, to od razu zmieniają klienta. Mnie się to w głowie nie mieści. Jak byłam jeszcze z Mirkiem, to ja bym w życiu nie odeszła od niego, gdyby stracił pracę i zbiedniał. To by na pewno nie był powód do rozstania.
- Wiesz Młoda. Ty, ja, my wszystkie tu mamy inne priorytety. Nie dla kasy się wkręciłyśmy w nasze związki. Same umiemy zarabiać na swoje rachunki. Za to jest jeszcze coś. Mnóstwo lasek mówi to samo, co ty, tylko one akurat łgają. Tego z kolei ja nie pojmuję. Wstydzić się swojej pracy.
To dorzuciła Kaśka, kontynuując spojrzawszy na Anitę:
- A ta twoja znajoma z firmy to zwykła legalistka. Legalizm to nie tylko samo słuchanie się prawa, stosowanie się do niego. To jeszcze nie jest legalizm. Ważne są motywacje. Ktoś się na przykład trzyma prawa, nawet jak mu się jakieś nie podoba, bo nie chce ryzykować. Ustępuje przed siłą. Za to legalizm polega na tym, że człowiek nie ma własnego systemu wartości i pozwala prawu, aby mu je narzucało. Czyli, aby inni ludzie decydowali za niego, jaki on ma mieć gust moralny. Legalista myli centralnie uczciwość z posłuszeństwem wobec prawa, utożsamia te pojęcia. Taki defekt mentalny, może niedorozwój?
- Trudno powiedzieć, jak to zakwalifikować. Za to nasza Turbinka, choć taka niby mało doświadczona, ale strasznie spostrzegawcza życiowo. Brawo Młoda, brawo ty.
Odpowiedziała Roxy, za to przy stoliku pojawiła się Malina.
- No, cześć Grażynki. Korek był.
- Czegoś nie rozumiem.
Odparła Roxy mówiąc dalej:
- Razem wyszłyśmy z roboty. Ja wsiadłam do swojego auta, ty do swojego. Potem cię zgubiłam z oczu. Jak ty, którędy tu jechałaś? Ja już tu jestem od pół godziny.
- Normalnie, tak jak zwykle. Ale kochane jesteście bardzo. Nawet za bardzo nie wystygło. Do picia bez wiatru pod nosem.
Malina już siedziała przy stoliku pijąc za bardzo nie wystygłą kawę. Gdy odstawiła filiżankę chwyciła za rurkę i zwracając się do Mali zagaiła zaaferowanym tonem:
- Siostro, zapomniałam spytać w niedzielę, czy też nie było okazji. Mam takie drobne pytanie. Pamiętaj, że mówimy sobie wszystko. Tak? To powiedz mi, jak jest fajniej, z dupą, czy z gamoniem?
- Znaczy... O co ci chodzi?
- Niekoniecznie. Dla mnóstwa bab strasznie kasa się liczy. Czy nawet tylko kasa. Dla nich ślub to taka inna forma prostytucji. Nie na jedno zlecenie, tylko na etat. Nawet lepsza od tej klasycznej, bo łatwiej oszukiwać, obijać się w robocie. Za to jak się chłopu noga powinie, zbankrutuje, czy coś, to od razu zmieniają klienta. Mnie się to w głowie nie mieści. Jak byłam jeszcze z Mirkiem, to ja bym w życiu nie odeszła od niego, gdyby stracił pracę i zbiedniał. To by na pewno nie był powód do rozstania.
- Wiesz Młoda. Ty, ja, my wszystkie tu mamy inne priorytety. Nie dla kasy się wkręciłyśmy w nasze związki. Same umiemy zarabiać na swoje rachunki. Za to jest jeszcze coś. Mnóstwo lasek mówi to samo, co ty, tylko one akurat łgają. Tego z kolei ja nie pojmuję. Wstydzić się swojej pracy.
To dorzuciła Kaśka, kontynuując spojrzawszy na Anitę:
- A ta twoja znajoma z firmy to zwykła legalistka. Legalizm to nie tylko samo słuchanie się prawa, stosowanie się do niego. To jeszcze nie jest legalizm. Ważne są motywacje. Ktoś się na przykład trzyma prawa, nawet jak mu się jakieś nie podoba, bo nie chce ryzykować. Ustępuje przed siłą. Za to legalizm polega na tym, że człowiek nie ma własnego systemu wartości i pozwala prawu, aby mu je narzucało. Czyli, aby inni ludzie decydowali za niego, jaki on ma mieć gust moralny. Legalista myli centralnie uczciwość z posłuszeństwem wobec prawa, utożsamia te pojęcia. Taki defekt mentalny, może niedorozwój?
- Trudno powiedzieć, jak to zakwalifikować. Za to nasza Turbinka, choć taka niby mało doświadczona, ale strasznie spostrzegawcza życiowo. Brawo Młoda, brawo ty.
Odpowiedziała Roxy, za to przy stoliku pojawiła się Malina.
- No, cześć Grażynki. Korek był.
- Czegoś nie rozumiem.
Odparła Roxy mówiąc dalej:
- Razem wyszłyśmy z roboty. Ja wsiadłam do swojego auta, ty do swojego. Potem cię zgubiłam z oczu. Jak ty, którędy tu jechałaś? Ja już tu jestem od pół godziny.
- Normalnie, tak jak zwykle. Ale kochane jesteście bardzo. Nawet za bardzo nie wystygło. Do picia bez wiatru pod nosem.
Malina już siedziała przy stoliku pijąc za bardzo nie wystygłą kawę. Gdy odstawiła filiżankę chwyciła za rurkę i zwracając się do Mali zagaiła zaaferowanym tonem:
- Siostro, zapomniałam spytać w niedzielę, czy też nie było okazji. Mam takie drobne pytanie. Pamiętaj, że mówimy sobie wszystko. Tak? To powiedz mi, jak jest fajniej, z dupą, czy z gamoniem?
- Znaczy... O co ci chodzi?
Mala zatrzepotała powiekami swoich mangowych oczu.
- Już ty dobrze wiesz, o co mi chodzi.
- Aha, o to ci chodzi. Wiesz, nie umiem porównać. Jest po prostu inaczej. Nie chodzi o sprawy techniczne, bo to jest oczywiste, tylko o taką... No... Mentalną stronę. Empatia lepiej działa. Ja tam niewiele wiem, ale baba babę chyba lepiej czuje, niż faceta? Ale nie pytaj, co wolę, bo jedno, czy drugie ma swoje zady i walety. Poza tym to jest moja pierwsza dziewczyna. Pierwsze razy zawsze są wyjątkowe. We wszystkim tak jest.
- Ale bardzo udana chyba?
- Najlepsza.
To wtrąciła Kaśka kontynuując:
- Nie znam jej od tej tartacznej strony, ale tak w ogóle, jako człowiek Zośka jest naprawdę mega. Fajna z was para Maleczko.
- Czy my jesteśmy parą? Wiesz, nie wiem. Ja co prawda niedawno uznałam, że dopóki studiuję to nie mam czasu na żadne związki. Ale bardzo ją lubię. Po prostu sprawy niech same jakoś biegną. Jak się zrobi z tego związek, to nie będę stawiać oporu. Już od pierwszego spotkania, wtedy, co na siłce skarciła tą... Jak jej tam było? No, wyleciało mi z głowy.
- Sabena.
- No. To już wtedy Zosia zrobiła na mnie fajne wrażenie. Ta cała jej ekipa jest na poziomie, fajne dziewuchy sobie dobrała. Tylko robotę mają ryzykowną.
- A co one dokładnie robią? Bo z grubsza coś tam wiem. Ale tak bardziej detalicznie to raczej niewiele.
Spytała Roxy, wyjaśniając dalej:
- Bo ja sobie w niedzielę sporo z nimi gadałam. Ale na temat tego, z czego opłacają rachunki nie rozmawiałam. Najmniej ważne dla mnie to było.
- Sprzedają element baśniowy. Ale nie ten legalny, lecz taki mocno nielegalny. Kolokwialnie mówiąc dilują. Ale z pewnymi zasadami. Pod szkołami na pewno ich nie spotkasz.
- Diler z zasadami to straszna rzadkość.
Na co odparła Kaśka:
- Bo takie jest akurat prawo. Państwo w głównej mierze za to odpowiada. Ale te laski nie pospolitują się z taką typową uliczną dilerką. Mają klientów na wysokim poziomie. Chodzi o ten poziom formalny, toż nie mentalny bynajmniej. Bogatych kretynów na stanowisku jest mnóstwo. Za to one dostarczają im czyściutki towar, nie każdy zresztą. Głównie koka, ale żadnych trutek chemicznych już nie mają na stanie.
- Ja czasem od nich, znaczy od Zochy biorę kokę. Przed jej zniknięciem, a teraz zresztą też. Faktycznie czysta, nie chrzczona niczym. Żadnych wypełniaczy.
- Wiesz co Lalka? Na tobie to one akurat na wodę sodową nawet nie zarabiają. Przy tych drobnych ilościach, które obie z Miolką zużywacie? One głównie zarabiają na nałogowcach, nie na takich niedzielniaczkach, jak wy. Każdy przemysł narkotykowy tak działa. Ktoś kiedyś obliczył, że dziewięćdziesiąt procent alkoholu na świecie kupuje i zużywa dziesięć procent ludzi. Moim zdaniem te liczby są inne, ale zasada ta sama.
Wyjaśniła Kaśka, ale Mala weszła jej w słowo:
- Ale to się już zaczyna kończyć. Dziewczyny się powoli, stopniowo przebranżawiają. Można by rzec, że zmieniają ciemną stronę mocy na jasną stronę mocy.
Roxy spojrzała zaciekawiona:
- Znaczy co? Żenią okulistyczną kokę na legalu? Nie rozumiem.
- Nie w tym sensie. Częściowo się też legalizują, ale tylko tam, gdzie się da. Tu rzecz polega na tym, że zmieniają asortyment, narkotyki na marihuanę. Czyli coś niezdrowego na coś zdrowego. Te ilości, które ty Lalka sporadycznie przyswajasz z Miolą jeszcze się mieszczą jako zdrowe, ale większość klientów używa raczej niezbyt zdrowych ilości. Za to maryśka wiadomo. Bardzo ciężko jest sobie zrobić nią kuku. Tą medyczną półszlachetną mają na legalu, tą szlachetną mają na nielegalu. A z narkotyków faktycznie się wycofują. Wygaszają uprawianie tej gałęzi. Rzecz polega na tym, że coraz mniej czystej, porządnej koki dociera do tego kraju. Więc one nie mają czym handlować. Bo trutkami na szczury nie chcą, mają swoje zasady. To wszystko jest także skutkiem głupiej, nieodpowiedzialnej polityki narkotykowej państwa. To przez nią jest coraz więcej tych trutek na szczury na rynku.
Kaśka dodała wtedy:
- U nas w klubie stoi automat z zielskiem cebede, tym tak zwanym medycznym. Pozwoliłam im wstawić to ustrojstwo do naszego sklepu z suplami. Co prawda Ziele cebede nie ma zbyt szerokiego zastosowania jako supel sportowy, ale jeszcze jakoś się mieści.
Roxy próbowała dopytać:
- I jak to się sprzedaje? Bo klub też w tym macza dziób?
- Jasne. Ale to się dzieje dopiero od jakichś dwóch tygodni. Stryjo się zgodził, ja się zgodziłam, za to detale to już sprawa Jacusia. On prowadzi sklep, ma dużą autonomię, więc on się z Zośką rozlicza. Ja tylko monitoruję po wierzchu ten temat.
Nagle ożywiła się Anita.
- Kasiu, słuchaj. Bo ja mam nadprodukcję. Sama teraz nie używam, Borek odrobinę, porozdawałam od cholery, ale nie mam co z resztą zrobić. Nigdy nie handlowałam, zawsze tylko dawałam prezenty. To może one by mi to sprzedały? Szkoda dobrego stuffu marnować, to się jakoś tam starzeje. Kiedy Bombka będzie teraz w klubie?
- Teraz mają przerwę po gali, od poniedziałku zaczynają zasuwać, ale o której to nie wiem, kiedy będą. One mnóstwo rzeczy ćwiczą same, ja wtedy nad nimi z batem nie stoję. Mają swoje zestawy, programy, które im ustawiłam co mają robić, ale... Wiesz, co? Po prostu zadzwoń do niej. Spotkacie się, dogadacie jakoś, jestem pewna tego.
- Nie mam numeru.
- Ja mam.
Wtrąciła Roxy.
- Ale ci nie dam, bo to nieładnie, choć pewnie by się na to zgodziła. Jak stąd wyjdziemy to zadzwonię do niej, dam jej twój numer. Może tak być?
- Luz. Jasne.
- To dobrze. Teraz czas na ciebie, wiesz na co.
Odezwała się Malina:
- No. Coś obiecywałaś nam ujawnić.
- Ale co?
- Nitka, ja też wiem, że coś masz powiedzieć. Przyszłe ciotki chcą znać imię swojej przyszłej siostrzenicy. Zamieniamy się w słuch.
Dorzuciła Mala, zaś Anita uśmiechnęła się.
- Dobrze. Zacznę od drugiego. Oktawia. Dla swoich Osia, Ośka.
Reszta zebranych mruknęła aprobująco. Tylko Roxy rzuciła:
- Może Osica? No, to czekamy na pierwsze.
- Pierwsze jest oficjalne takie bardziej.
- No?
Ponagliła ją Malina.
- Ste...
- Stefa? Stefania?
- Lalka, zamknij się! Nie przerywaj.
Upomniała Malinę Ruda. Anita powtórzyła:
- Stella.
- Stella. Tiaaa... Stelka. Stelinka. Steleczka. Fajne.
Malina uśmiechnęła się i dodała jeszcze:
- Wiedźma Stella. Pasuje do czarownicy.
- Mnie się też podoba.
Stwierdziła Roxy. Mala i Kaśka tylko kiwnęły aprobująco głowami. Za to Anita westchnęła z wyraźną ulgą i oświadczyła:
- Ulżyło mi. Obawiałam się, że będziecie wybrzydzać.
- Nie, dlaczego? Bardzo ładne imię. Gwiazda. Gwiazdeczka.
- Tak, ale czy ona zostanie naszą, czy się zeskrypci, jak Pati, moja siostra? To już ona zdecyduje sama. Ja jej zmuszać nie planuję.
- Będzie czarować, na pewno. Jako ciotka Lalka na pewno będę ją do tego podpuszczać. Aha, komuś jeszcze mówimy? Na przykład Cioci Lali chyba można? Wiem, że pytała.
- Nie. Mowa była tylko o naszej piątce.
- Zaraz. A moja Mariolka? Misiek? Adaś?
- Też nie. Borek się nie zgodził. Tyle wystarczy.
- Dobrze. To ja mam teraz sprawę do naszej studentki. Maleczko, jak dzwoniłam do ciebie w niedzielę rano, to jakbym słyszała nie tylko Zosię, ale też jakiegoś chłopa. Sekret, czy nie?
- Luz. Był chłop. Jeden. Jak już wyszłyśmy z hali, to wpadł nam taki w oko. Ja go delikatnie przyuroczyłam magią, Zosia coś tam do niego zagadała i był już nasz.
- No, to fajna zabawa musiała być?
- Właśnie nie do końca. Bo typ był tak onieśmielony, speszony, że jedna z głównych męskich fantazji mu się nagle spełniła, że...
- Że był do niczego? To się zdarza nawet najlepszym.
- Aż tak źle nie było. Fujarka grała, ale grajek był czemuś taki jakiś bez polotu. Lamusowaty. Głupio było go wypraszać w środku nocy, więc mu posłałam na podłodze, uśpiłam i byłyśmy już same. Jeszcze rano Zosia go ogarnęła tak na szybko, ale mnie się już nie chciało w to wchodzić. Śniadanie poszłam do kuchni robić.
- Czyli ona wie, że czarujesz?
- Chyba nie. Tak mi się jakoś udało subtelnie działać, że się nie zorientowała za bardzo. Nie gadałyśmy też zresztą wcale na ten temat, jakoś nie było okazji, zahaczenia.
Wtedy włączyła się Kaśka wyjaśniając:
- Yakuza nie wierzy w realną magię, tu już trzeba by jej coś zademonstrować spektakularnego. Ale ja nigdy jakoś wcześniej nie kwapiłam się do tego. Prędzej czy później jednak wreszcie się pewnie zorientuje. Tylko ja bym to zostawiła rękom Tao, niech się samo jakoś zadzieje. Tak Niteczko, dobrze mówię?
Anita wzruszyła ramionami, spojrzała pytająco na Roxy, ta zaś tylko machnęłą ręką. Nie było to zbyt ważne, jak widać. Wtedy znowu odezwała się Malina zadając pytanie:
- To co teraz? Kosmetyki, czy ciuchy? Co bierzemy na warsztat?
- Ale bardzo udana chyba?
- Najlepsza.
To wtrąciła Kaśka kontynuując:
- Nie znam jej od tej tartacznej strony, ale tak w ogóle, jako człowiek Zośka jest naprawdę mega. Fajna z was para Maleczko.
- Czy my jesteśmy parą? Wiesz, nie wiem. Ja co prawda niedawno uznałam, że dopóki studiuję to nie mam czasu na żadne związki. Ale bardzo ją lubię. Po prostu sprawy niech same jakoś biegną. Jak się zrobi z tego związek, to nie będę stawiać oporu. Już od pierwszego spotkania, wtedy, co na siłce skarciła tą... Jak jej tam było? No, wyleciało mi z głowy.
- Sabena.
- No. To już wtedy Zosia zrobiła na mnie fajne wrażenie. Ta cała jej ekipa jest na poziomie, fajne dziewuchy sobie dobrała. Tylko robotę mają ryzykowną.
- A co one dokładnie robią? Bo z grubsza coś tam wiem. Ale tak bardziej detalicznie to raczej niewiele.
Spytała Roxy, wyjaśniając dalej:
- Bo ja sobie w niedzielę sporo z nimi gadałam. Ale na temat tego, z czego opłacają rachunki nie rozmawiałam. Najmniej ważne dla mnie to było.
- Sprzedają element baśniowy. Ale nie ten legalny, lecz taki mocno nielegalny. Kolokwialnie mówiąc dilują. Ale z pewnymi zasadami. Pod szkołami na pewno ich nie spotkasz.
- Diler z zasadami to straszna rzadkość.
Na co odparła Kaśka:
- Bo takie jest akurat prawo. Państwo w głównej mierze za to odpowiada. Ale te laski nie pospolitują się z taką typową uliczną dilerką. Mają klientów na wysokim poziomie. Chodzi o ten poziom formalny, toż nie mentalny bynajmniej. Bogatych kretynów na stanowisku jest mnóstwo. Za to one dostarczają im czyściutki towar, nie każdy zresztą. Głównie koka, ale żadnych trutek chemicznych już nie mają na stanie.
- Ja czasem od nich, znaczy od Zochy biorę kokę. Przed jej zniknięciem, a teraz zresztą też. Faktycznie czysta, nie chrzczona niczym. Żadnych wypełniaczy.
- Wiesz co Lalka? Na tobie to one akurat na wodę sodową nawet nie zarabiają. Przy tych drobnych ilościach, które obie z Miolką zużywacie? One głównie zarabiają na nałogowcach, nie na takich niedzielniaczkach, jak wy. Każdy przemysł narkotykowy tak działa. Ktoś kiedyś obliczył, że dziewięćdziesiąt procent alkoholu na świecie kupuje i zużywa dziesięć procent ludzi. Moim zdaniem te liczby są inne, ale zasada ta sama.
Wyjaśniła Kaśka, ale Mala weszła jej w słowo:
- Ale to się już zaczyna kończyć. Dziewczyny się powoli, stopniowo przebranżawiają. Można by rzec, że zmieniają ciemną stronę mocy na jasną stronę mocy.
Roxy spojrzała zaciekawiona:
- Znaczy co? Żenią okulistyczną kokę na legalu? Nie rozumiem.
- Nie w tym sensie. Częściowo się też legalizują, ale tylko tam, gdzie się da. Tu rzecz polega na tym, że zmieniają asortyment, narkotyki na marihuanę. Czyli coś niezdrowego na coś zdrowego. Te ilości, które ty Lalka sporadycznie przyswajasz z Miolą jeszcze się mieszczą jako zdrowe, ale większość klientów używa raczej niezbyt zdrowych ilości. Za to maryśka wiadomo. Bardzo ciężko jest sobie zrobić nią kuku. Tą medyczną półszlachetną mają na legalu, tą szlachetną mają na nielegalu. A z narkotyków faktycznie się wycofują. Wygaszają uprawianie tej gałęzi. Rzecz polega na tym, że coraz mniej czystej, porządnej koki dociera do tego kraju. Więc one nie mają czym handlować. Bo trutkami na szczury nie chcą, mają swoje zasady. To wszystko jest także skutkiem głupiej, nieodpowiedzialnej polityki narkotykowej państwa. To przez nią jest coraz więcej tych trutek na szczury na rynku.
Kaśka dodała wtedy:
- U nas w klubie stoi automat z zielskiem cebede, tym tak zwanym medycznym. Pozwoliłam im wstawić to ustrojstwo do naszego sklepu z suplami. Co prawda Ziele cebede nie ma zbyt szerokiego zastosowania jako supel sportowy, ale jeszcze jakoś się mieści.
Roxy próbowała dopytać:
- I jak to się sprzedaje? Bo klub też w tym macza dziób?
- Jasne. Ale to się dzieje dopiero od jakichś dwóch tygodni. Stryjo się zgodził, ja się zgodziłam, za to detale to już sprawa Jacusia. On prowadzi sklep, ma dużą autonomię, więc on się z Zośką rozlicza. Ja tylko monitoruję po wierzchu ten temat.
Nagle ożywiła się Anita.
- Kasiu, słuchaj. Bo ja mam nadprodukcję. Sama teraz nie używam, Borek odrobinę, porozdawałam od cholery, ale nie mam co z resztą zrobić. Nigdy nie handlowałam, zawsze tylko dawałam prezenty. To może one by mi to sprzedały? Szkoda dobrego stuffu marnować, to się jakoś tam starzeje. Kiedy Bombka będzie teraz w klubie?
- Teraz mają przerwę po gali, od poniedziałku zaczynają zasuwać, ale o której to nie wiem, kiedy będą. One mnóstwo rzeczy ćwiczą same, ja wtedy nad nimi z batem nie stoję. Mają swoje zestawy, programy, które im ustawiłam co mają robić, ale... Wiesz, co? Po prostu zadzwoń do niej. Spotkacie się, dogadacie jakoś, jestem pewna tego.
- Nie mam numeru.
- Ja mam.
Wtrąciła Roxy.
- Ale ci nie dam, bo to nieładnie, choć pewnie by się na to zgodziła. Jak stąd wyjdziemy to zadzwonię do niej, dam jej twój numer. Może tak być?
- Luz. Jasne.
- To dobrze. Teraz czas na ciebie, wiesz na co.
Odezwała się Malina:
- No. Coś obiecywałaś nam ujawnić.
- Ale co?
- Nitka, ja też wiem, że coś masz powiedzieć. Przyszłe ciotki chcą znać imię swojej przyszłej siostrzenicy. Zamieniamy się w słuch.
Dorzuciła Mala, zaś Anita uśmiechnęła się.
- Dobrze. Zacznę od drugiego. Oktawia. Dla swoich Osia, Ośka.
Reszta zebranych mruknęła aprobująco. Tylko Roxy rzuciła:
- Może Osica? No, to czekamy na pierwsze.
- Pierwsze jest oficjalne takie bardziej.
- No?
Ponagliła ją Malina.
- Ste...
- Stefa? Stefania?
- Lalka, zamknij się! Nie przerywaj.
Upomniała Malinę Ruda. Anita powtórzyła:
- Stella.
- Stella. Tiaaa... Stelka. Stelinka. Steleczka. Fajne.
Malina uśmiechnęła się i dodała jeszcze:
- Wiedźma Stella. Pasuje do czarownicy.
- Mnie się też podoba.
Stwierdziła Roxy. Mala i Kaśka tylko kiwnęły aprobująco głowami. Za to Anita westchnęła z wyraźną ulgą i oświadczyła:
- Ulżyło mi. Obawiałam się, że będziecie wybrzydzać.
- Nie, dlaczego? Bardzo ładne imię. Gwiazda. Gwiazdeczka.
- Tak, ale czy ona zostanie naszą, czy się zeskrypci, jak Pati, moja siostra? To już ona zdecyduje sama. Ja jej zmuszać nie planuję.
- Będzie czarować, na pewno. Jako ciotka Lalka na pewno będę ją do tego podpuszczać. Aha, komuś jeszcze mówimy? Na przykład Cioci Lali chyba można? Wiem, że pytała.
- Nie. Mowa była tylko o naszej piątce.
- Zaraz. A moja Mariolka? Misiek? Adaś?
- Też nie. Borek się nie zgodził. Tyle wystarczy.
- Dobrze. To ja mam teraz sprawę do naszej studentki. Maleczko, jak dzwoniłam do ciebie w niedzielę rano, to jakbym słyszała nie tylko Zosię, ale też jakiegoś chłopa. Sekret, czy nie?
- Luz. Był chłop. Jeden. Jak już wyszłyśmy z hali, to wpadł nam taki w oko. Ja go delikatnie przyuroczyłam magią, Zosia coś tam do niego zagadała i był już nasz.
- No, to fajna zabawa musiała być?
- Właśnie nie do końca. Bo typ był tak onieśmielony, speszony, że jedna z głównych męskich fantazji mu się nagle spełniła, że...
- Że był do niczego? To się zdarza nawet najlepszym.
- Aż tak źle nie było. Fujarka grała, ale grajek był czemuś taki jakiś bez polotu. Lamusowaty. Głupio było go wypraszać w środku nocy, więc mu posłałam na podłodze, uśpiłam i byłyśmy już same. Jeszcze rano Zosia go ogarnęła tak na szybko, ale mnie się już nie chciało w to wchodzić. Śniadanie poszłam do kuchni robić.
- Czyli ona wie, że czarujesz?
- Chyba nie. Tak mi się jakoś udało subtelnie działać, że się nie zorientowała za bardzo. Nie gadałyśmy też zresztą wcale na ten temat, jakoś nie było okazji, zahaczenia.
Wtedy włączyła się Kaśka wyjaśniając:
- Yakuza nie wierzy w realną magię, tu już trzeba by jej coś zademonstrować spektakularnego. Ale ja nigdy jakoś wcześniej nie kwapiłam się do tego. Prędzej czy później jednak wreszcie się pewnie zorientuje. Tylko ja bym to zostawiła rękom Tao, niech się samo jakoś zadzieje. Tak Niteczko, dobrze mówię?
Anita wzruszyła ramionami, spojrzała pytająco na Roxy, ta zaś tylko machnęłą ręką. Nie było to zbyt ważne, jak widać. Wtedy znowu odezwała się Malina zadając pytanie:
- To co teraz? Kosmetyki, czy ciuchy? Co bierzemy na warsztat?
Na co Mala rzuciła ni z gruchy, ni z pietruchy:
- A duszenie lubicie?
- Znaczy... O co ci chodzi?
- No, takie no... Wiecie, o chodzi.
Nie za bardzo, nie do końca wiedziały tak w pierwszym czytaniu, niby się domyślały, jedna bardziej, druga mniej, ale w końcu się dogadały i do końca tego spotkania było już tylko o tym...

Znajomość od tartacznej strony - boskie!
OdpowiedzUsuńStella może i pasuje do czarownicy, ale jakoś z amerykańską gwiazdeczką mi się kojarzy...
O jakie duszenie chodzi? bo tu wybór może być ogromny!
skoro to imię oznacza gwiazdę, to chyba prawidłowo się kojarzy... ale niekoniecznie musi z Ameryką, bo na przykład taka Stella Cox jest Włoszką...
Usuńza to z duszeniem jest zagwozdka... tu trochę wygląda na to, że Mala nawiązała do gównoburzy związanej z nadchodzącą Eurowizją...
Jakie duszenie pewnie nie zdradzisz i pozostanie nam fantazjowanie ;p
OdpowiedzUsuńtak, czasem fajnie jest na koniec opowiadania zostawić czytające/ych z taką bizarną zagadką o czym szumiały wiedźmy rozkminiając ją :) aczkolwiek pewna podpowiedź jest, choć w sumie bez gwarancji, czy to nie jest jakaś podpucha...
UsuńCzasem i nakarmienie i wyoranie faceta nie da nam pewności, że nie pójdzie na bok. Jedni mają taki charakter, innych można zepsuć matkowaniem na codzień mimo dobrego żarcia i seksu : )
OdpowiedzUsuńPierwsze słyszę, że faceci chcą mądrych żon. Całe życie słyszałam, że faceci chcą babki mniej mądre od siebie, żeby się pokazać od dobrej strony.
Moja mama zawsze wszystkich partnerów koleżanek nazywa mężami, jak już długo są ze sobą. Koleżanki wtedy często się obrażają, bo ,,ten związek nie jest na takim etapie zażyłości, żeby go nazywać mężem'' (i nie dążą do papierka. Po prostu nie chcą faceta nigdy w życiu nazywać mężem, bo to równoznaczne z ogromną zażyłością i zaawansowaniem związku).
Co złego w tym, że baba chce, by facet zarabiał na utrzymanie jej i rodziny? Tak długo jak kobiety są płcią zachodzącą w ciążę i będącą z tego powodu trochę wyłączoną z rzeczywistości, tak długo panowie muszą ogarniać strefę materialną. Normalny, naturalny wymóg naszego gatunku. Oczywiście nie można faceta rzucać tylko dlatego, że go wyrzucili z pracy/ jego firma upadła, ale jeśli facet długo z tym nic nie robi, to zawodzi jako dorosły. Takim facetom często zmienia się też psychika (robią się zgryźliwi, bo ,,nie spełniają się jako zarabiający, przydatny facet'' i to im szkodzi na zachowanie).
Podoba mi się wstawka o ludziach głupio posłusznych wobec prawa. Tacy są najgorsi - będą bronić nawet durnego prawa tylko dlatego, że jest prawem. Prawo jest wymyślone przez człowieka - może być głupie i wtedy trzeba je zmienić, a nie bronić.
Stella, hym. Kojarzy mi się z czarodziejką Stellą z Winxa, takiej bajki. Ładna, straszna ekstrawertyczka, ale trochę niemądra. Stella to też był piesek mojego obecnego faceta. Imię kojarzy mi się z raczej zabawową laską, ale jednowymiarową osobowością. Anita powinna przyuczyć córkę do czarów. Rodzice powinni trochę kierować dziećmi i pokazywać im drogi. Dopiero jak dzieciak bardzo nie chce, powinni ustąpić. Ale czekać, aż dzieciak w całej swojej wolności ogarnie, co chce/ powinien/ ma talent robić, jest trochę naiwne : (
trudno powiedzieć, na ile Roxy mówiła to wszystko poważnie, czy po prostu żartowała w swoim stylu, jednak Anita chyba najlepiej to skwitowała... sposób Rudej jest zabiegiem na króciutki dystans, bo zdrady w związkach przeważnie mają trochę inne przyczyny, niż deficyty żarcia i orania... zresztą co do tego drugiego to deficyt może mieć charakter nie ilościowy, lecz jakościowy... na przykład jest dużo orania, ale nudne, monotonne... akurat Miśkowi z Rudą to raczej nie grozi, ale podałem to tylko jako taki przykład...
Usuń...
no, nie wiem... wielu ludzi jako "mądrość" rozumie np. posłuszeństwo albo podatność na pewien sposób myślenia lub postępowanie zgodne z czyimiś intencjami... nieraz się słyszy pochwały typu "mądra decyzja", "mądra dziewczynka", etc w sytuacjach, gdy ta decyzja żadnej mądrości nie wymagała... to nie jest żart, wielu ludzi na poważnie tak do tego podchodzi...
...
mąż/żona = osoba z którą jesteśmy na pewnym stopniu zażyłości... bardzo fajna, sensowna definicja... tylko kto ma ostatnie zdanie w ocenie tego stopnia zażyłości?... tylko osoby bezpośrednio zainteresowane, ona lub on... kwestia zawarcia ślubu jest tu bez znaczenia... bywają związki bez ślubu z wysokim stopniem zażyłości, a bywają też małżeństwa, gdzie ta zażyłość jest mocno dyskusyjna, nawet po długoletniej znajomości...
...
tu Mala pojechała raczej pewnym skrótem, chodziło jej chyba o traktowanie facetów jako bankomaty przede wszystkim, priorytetowo... można przypuszczać, że nawet ona towarzysząc facetowi pod mostem, wspierając go w trudnym finansowo czasie straci w końcu cierpliwość widząc, co on robi, a raczej nie robi ze swoją sytuacją... aczkolwiek to może też długo trwać, tu się zdarzają naprawdę różne przypadki...
...
mnie się Stella kojarzy centralnie z młodą wiedźmą, stażystką w Instytucie Badania Czarów i Magii /książka braci Strugackich/, a potem cały peleton innych drobnych skojarzeń...
co do jej wychowania, pokierowania życiowo to ja się z Tobą zgadzam... być może Anicie też o to chodziło, że nie chce tego kierowania robić na chama?...
Jak wiesz, choruję na Toczeń, typ skórno-mięśniowy. Bez maści konopnej ani rusz. Jest rewelacyjna. Ale czeska. Podzieliłam się tą wiedzą z Motylkami na forum. Zero odzewu. I tak sobie pomyślałam, bardzo nieładnie zresztą, "cierp ciało, kiedyś chciało" ;) Mam też krem konopny, suchy szampon na bazie z konopi, ale już nikomu nie będę polecać - niech się trują chemią.
OdpowiedzUsuńzalety i potencjał produktów konopnych są poza dyskusją, wiele rzeczy jeszcze czeka na ich odkrycie... jest tylko jeden kłopot... przy obecnej popularności, czy czasem nawet modzie na konopie na rynku pojawia się nieco badziewia jako skutek uboczny... fajnie, że Ciebie to nie spotkało...
UsuńJestem trochę zaskoczona imionami dla tej małej czarownicy , bo myślałam ,że dasz inne imiona dla nowej bohaterki twojego opowiadania . Skąd wytrzasnąłeś tą Stelle?
OdpowiedzUsuńCo do dialogów mnie to zawsze zaskakiwało także u młodych kobiet to ,ze one chcą związek małżeński przetrwać . Ja ciągle słysze gdzieś to małżeństwo przetrwało i ja się zastanawiam czy związek dla tych osób , to nie jest jakiś obóz koncentracyjny ? Bo obóz to trzeba było przetrwać . ale tez często słyszę ,ze szkole w Polsce trzeba przetrwać ,to jest jakiś kult przetrwania ? Dla mnie to jest idiotyczne . .
bo mi się to imię podoba...
Usuńbo po polsku oznacza Gwiazdę /17 karta Tarota, bardzo pozytywna/...
bo pasuje do czarownicy, kilka jest znanych /vide net/, mnie się akurat kojarzy z jedną konkretną postacią literacką...
bo jest dostojne, a jednocześnie radosne, poważne, a równocześnie luzackie...
może tyle...
...
mnóstwo ludzi funkcjonuje mentalnie według schematów wdrukowanych przez stado i uważają, że jedną z koniecznych rzeczy w życiu jest wpuszczenie się w małżeństwo... z drugiej strony dowiadują się ex urbe et mundo, że małżeństwo w ogólnym bilansie to nic przyjemnego... czyli nie można w nim być, czy je przeżyć, tylko właśnie przetrwać...
Duszenie jednoznacznie skojarzyło mi się z gotowaniem. Np. z duszeniem pieczarek z cebulką na sos. Albo z duszeniem cukinii (takiej z czosnkiem i papryką), mniam!
OdpowiedzUsuńno, i duszenie gołąbków rzecz jasna :)
Usuńale tu chyba chodziło jednak o coś innego...
tak przy okazji, to ta piosenka na końcu wywołała drobny skandal w związku z tym... i to mi akurat podsunęło pomysł na ostatni fragment...
Jeszcze z innej mańki. Imię Oktawia jest przepiękne, natomiast Stella kojarzy mi się z zakonnicą oraz z rozgwiazdą.
OdpowiedzUsuńz rozgwiazdą raczej Kwintylia... więc może raczej z ośmiornicą?... Atomówka Bajka miała takiego pluszaka ośmiorniczaka, który miał właśnie na imię Osiek - Oktawiusz... chodzi o to, że tradycyjnie w Rzymie takie imię nadawano dopiero ósmemu dziecku... Anita z Borkiem z pewnością się tak nie rozpędzą, gwarantuję to jako autor :)
UsuńStella, a po hiszpańsku Estrella:-) To marka hiszpańskiego piwa, bardzo dobrego zresztą. Tzn. mi smakuje, a o gustach ponoć się nie dyskutuje. Nasz hiszpański dom ( gdy go jeszcze mieliśmy) nazywał się Casa de Estrella:-) W każdym razie według mnie Stella to imię dla dziewuszki, która świetnie odnajdzie się wśród tylu niezwykłych ciotek:-)
OdpowiedzUsuńNie, nie lubię duszenia. Przynajmniej w tym sensie i tych 'zabawach' o które (jak mi się wydaje) chodzi Mali;-) Ale w garach duszę często, wiadomo jeść trzeba. Smażonego i gotowanego nie lubię, a duszone jest takie pomiędzy i najbardziej mi odpowiada. I zdarza mi się też dusić jakieś głupie pomysły w zarodku i to dość często:-)
jeśli chodzi o piwo, to jeszcze jest Stella Artois, jakby co...
Usuńchyba o to chodziło Mali, która wciąż jest w fazie eksperymentów w tych akurat zabawach...
No zakończenie z przytupem. Duszenie chyba jednak całkiem odrzucam ( oczywiście poza gotowaniem). Ale moje zdanie nie musi być decydujące dla innych. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńmoże Mala nie chciała jeszcze lądować na spokojnej łące sztampowych babskich tematów, więc dlatego podkręciła gaz pod kociołkiem?...
UsuńTak to prawda, istnieją babskie tematy. W sumie też za nimi nie przepadam. Pozdrawiam wiosennie.
Usuńmowa o stereotypie babskich tematów... bo przecież o czym mają gadać w pracy panowie, producenci ciuchów, czy kosmetyków?...
Usuńpozdrawiam :)