- Lalka, czy my mamy jakąś babcię w okolicy?
- No, niby nie mamy, ale możemy mieć.
- Masz jakieś propozycje?
- Moja mama? Znaczy moja i Borka, twoja teściowa zresztą.
- Aha, tędy. Ale to bez sensu. Skoro nie ma jeszcze wnuczęcia...
- Wnuczki. To już akurat wiemy.
- Nieważne. Ale skoro nie ma wnuczki, to nie ma babci.
- Nitka, nie bądź taka logiczna, nawiedzona proczojsówa.
- Jestem proczojsówą.
- Ale nie bądź tak nawiedzona. Takie gadki są dobre na naukowe dyskusje, do tego w innym gronie. Bo ja też jestem proczosojsówa. My teraz możemy sobie dać trochę luzu.
- Dobrze, już dotarło. Taki dzień babci bez babci.
- Po prostu rodzinna kolacja z okazji ustawowego dnia babci.
- Było tak od razu, że nie chodzi o żadną babcię, tylko o okazję.
- Czyli w środę u nas jemy pieczonego łososia?
Wtedy ożywił się milczący do tej pory Borek:
- Łosoś koniecznie. Pupcia, dawno nie robiłaś.
Malina włączywszy jeden z wariantów swoich min słodkiej idiotki dodała jakby nieco retorycznie:
- Cieszysz się?
Pani Weronika, choć jak każda normalna, zdrowa psychicznie kobieta też była proczojsowa, to była nieco starszej daty, więc gdy dowiedziała się o zmienionym stanie organizmu swojej synowej szybko weszła mentalnie w tryb bycia babcią. Kilka razy miała też okazję poznać rozkosze spożywania pieczonego łososia na sposób Anity. Więc gdy się dowiedziała, co się ma dziać od razu włączyła się do współpracy. Co prawda jej synowa potrafiła sama wykonać swoje dzieło, ale ta uznała, że lepiej, gdy będzie to efekt pracy zespołu. Miała inną opinię, niż Borek, który twierdził, że jego siostra oraz siostrowa pichcić nie umieją, co najwyżej pizzę zamówić przez telefon. Więc myślała pozytywnie na temat powodzenia całego projektu obejmując kierownictwo. Poza tym pieczony łosoś jej sposobem to nie było sobie takie kupić, upiec, potem zeżreć. Ten łosoś nie był tylko samym łososiem, to było mnóstwo innych rzeczy nim nie będących, zaś Anita mimo wszystko nie była Durgą Ośmioramienną. Tak więc szybko podjęła rolę bosmana na jachcie, który pohukuje na załogę, że wszystko jest robione źle. Malina i Mariolka miały naprawdę przesrane, upiekło się tylko Borkowi, który dostał zadanie pilnowania kaszy, co nie wymagało bynajmniej ciągłego tłoczenia się w kuchni pełnej bab, gdy żadnej, nawet swojej nie można uszczypnąć w pupę, bo można dostać po ryju. Poza miał on jeszcze inną misję, jaką było zabawianie Mamy, żeby do tej kuchni, jako gość honorowy nie zaglądała. Za to Mama też miała swoje do roboty. Otrzymała ścierkę do naczyń jako insygnium władzy nad kotem, który im bardziej się pojawiał, tym bardziej miał być przeganiany na zbitą mordę, bez prawa do apelacji.
Wreszcie jednak jacht zawinął do portu i padła komenda finałowa:
- Panie plus pan! Ręce myć i do stołu!
Zaś na stole było naprawdę bogato. Poczesne miejsce zajmowała wielka micha pełna pieczonej łososiny, obok druga micha kaszy gryczanej, którą Borek dopilnował jak należy. Kilka odmian sosów, domowych, nie sklepowych, oraz dwie wersje miksu dodatków roślinnych. Jedna ogórkowa, druga bezogórkowa. Tak musiało być, gdyż akurat Mariolka była bezogórkowa. Pracowała bowiem kiedyś w warzywniaku, co wspominała potem następująco:
- Nie chcecie wiedzieć, gdzie szefowa plasowała te ogórki na zapleczu, zanim trafiały do klientów. Więc ja za ogórki dziękuję.
W opisie zawartości stołu pomińmy już wszelkie takie tam różne, które tam powinny być, więc były, nie twórzmy zagadnień.
Po zajęciu miejsc nastąpił wreszcie okres ciszy, gdyż paszcze miały coś innego do roboty, niż gadanie. Mimo, że w tym domu nie jadano stylem japońskim, tylko francuskim, gdzie jedzeniu towarzyszy właśnie gadanie, to nie padło ani jedno słowo. Nawet prośby, aby komuś podać coś, co jest akurat poza zasięgiem, artykułowano gestami plus jakimiś ewentualnymi pomrukami. Gdy wreszcie minęła pierwsza fala ekstazy pani Weronika zabrała głos, pokazując na butelkę wina będącą jej wkładem do obiadokolacji.
- Łosoś lubi pływać, więc żeby sobie nie pomyślał, że go koty jedzą, to zajmij się Mioleczko tym pojemnikiem, jako najmłodsza.
Kot tego nie skomentował, choć słyszał wszystko z kuchni, bo sam pałaszował po japońsku swój godziwy bonus, który otrzymał za... Bynajmniej nie za bycie mało upierdliwym, bo akurat był aż za bardzo, ale za to, że jest kotem, ważnym elementem tej rodziny.
Mioleczka otworzyła butelkę, potem pojechała po starszeństwie. Najpierw nalała Mamie, Anitę ominęła, potem się zawahała, jak zwykle przy takiej okazji. Starszy Borek, czy młodsza Lalka, ale jakby nie było dupencja? Lecz ów starszy skrócił jej męki.
- Mioluś, ja dziękuję.
- Okay.
Gdy kieliszek Maliny przestał być pusty, postawiła butelkę na stole. Lalka spojrzała jakby odrobinę zdziwiona na nią, potem na Borka, potem znowu na nią, wreszcie spytała:
- A wy co? Antybiotyki bierzecie?
Brat spojrzał na nią jakby lekko zbulwersowany:
- Siostra, zachowuj się.
Malina przyjęła któryś z wariantów jej ulubionej miny słodkiej idiotki, po czym skromnie spuszczając swe oczęta mruknęła:
- Masz rację. Przepraszam. To było alkochamstwo.
Wtrąciła się jednak Mama:
- Dzieciaki, wyluzujcie. Borek faktycznie ma rację, ale w tym naszym gronie nie musimy podchodzić do spraw aż tak poważnie. Bo mnie akurat zaciekawiło, dlaczego mój syn, który choć zawsze pijał skromnie, to jednak dziób moczył, teraz nagle przyjął opcję zerową. Niteczko, coś wiesz na ten temat?
- Pojęcia nie mam. Sama nie używam tego narkotyku od pewnego czasu, ze względów wszystkim tu wiadomych, więc umknęło to mojej uwadze. Słodziaczku, od kiedy ty tak?
- Od sylwka.
- Postanowienie noworoczne? Nic mi nie mówiłeś.
- Nieee... Może nie aż tak grubo. Po prostu zwykła decyzja.
W tym momencie Malina patrząc uważnie na Mariolkę i pusty kieliszek stojący za jej talerzem oznajmiła:
- Chyba łączę kropki. Na sylwka byłyśmy z Miolą u Borków. Działo się dużo, ogólny rozgardiasz, tańce, hulanki, swawole, wszyscy gadają ze wszystkimi, ale oni nagle złapali jakiś temat we dwoje. Długo go wałkowali zresztą, ale teraz już wiem, co to było.
- Co?
- Nie jestem idiotką, więc wierzę w przypadki, ale dziś akurat taki nie nastąpił. To była ich wspólna, kolektywna decyzja. Też to przegapiłam, bo do tej pory nie było okazji do żadnej wypitki, ale teraz już to widzę.
Wreszcie odezwała się Mariolka:
- Trochę tak, trochę nie. Bo myśmy nic wspólnie nie postanawiali, nie było żadnych projektów wykonawczych. Był tylko wspólny consensus na pewien temat, ale nie szły za tym żadne wzajemne zobowiązania. Tak więc to właśnie przypadek głównie zrządził, że dziś oboje odmówiliśmy spożycia.
- Jakiż to był consenus?
Miolka najpierw dołożyła rybiny na talerz, potem nieco sałatki, tej bez ogórka rzecz jasna, zawahała się nad kaszą, ale odpuściła, po czym oznajmiła:
- Paracelsus stwierdził kiedyś, że wszystko jest trucizną, oraz nic nie jest trucizną, że tylko dawka czyni truciznę. Otóż narkotyk zwany alkoholem ma taką dziwną właściwość, że jest trucizną niezależnie od dawki. Nawet orzechówka medyczna, którą się dawkuje na krople daje bilans na minus. Bardziej truje, niż buduje.
Mama spokojnie słuchała sobie tego wywodu, równie spokojnie przeżywając kęs łososia, wreszcie zwróciła swą uwagę na Anitę.
- Kochana, a co ty na to? Wydaje mi się, że masz największą wiedzę na ten temat. Jak dobrze wiesz, nie jestem przemądrzałą teściową, więc chętnie usłyszę twoje zdanie.
- Bez przesady. Nie jestem zbyt wielkim specem. Na temat narkotyków wiem tylko tyle, co powinna wiedzieć czarownica na moim poziomie. Do tego też nie wszystkich. Za to orzechówka medyczna? Zielarstwo, ziołolecznictwo stosuje czasem nalewki na alkoholu, ale ja tu akurat jestem sceptyczna. Tak, jak Miola powiedziała. Więcej trują, niż budują. Doraźnie może mogą pomóc, ale kosztem pewnej destrukcji. Tylko zastrzegam, że magia realna to nie farmakologia. Wiele pytań do niej trzeba kierować.
Wtedy wtrącił się nagle Borek:
- Miola ma rację. Nic nie uzgadnialiśmy. Nic nie koordynowaliśmy. Mnie się tylko zachciało być odpowiedzialnym ojcem za pół roku. Odpowiedzialny ojciec musi dbać o swoją formę bardziej, niż odpowiedzialny partner. Chyba nie przypuszczacie, że Mariolka też chce być ojcem?
Ta wypowiedź rozwaliła systemy wszystkim przy stole. Zaś dalszej konsumpcji pieczonego łososia towarzyszyła luźna rozmowa na kompletnie inne tematy. Tylko Anita jakby coś sobie przypomniała. Nabiła na widelec spory kawałek rybiny, wtłoczyła go sobie do ust, pochyliła się do siedzącego obok Falibora, przyciągnęła jego głowę do swojej, po czym...
Robiło wrażenie. Malina i Mariolka chwyciły się wzajemnie za uda pod stołem, zaś pani Weronika ze swoim przyjaznym i życzliwym uśmiechem skomentowała:
- Takie jedzenie sobie z dzióbków to musi być prawdziwa miłość.
Po czym odłożywszy widelec chwyciła za butelkę i nalała wina do kieliszków Mariolki, Borka, a także Anity. Na zdziwione spojrzenie Maliny odpowiedziała:
- Czy jest coś, czego nie rozumiesz córeczko?
- Luz. Po prostu nikt się nie przyjrzał etykietce.

Zastanawia mnie fenomen szczypania i klepania po pupach kobiet. Czy jako mężczyzna mógłbyś mi naświetlić tę kwestię od swojej strony? Czy to Wam sprawia przyjemność? Jeżeli tak, to jaką? Czy rączki same swędzą i się rwą? No bo np. mnie i jakąś część innych kobiet doprowadza to do piany na ustach i chęci natychmiastowego wykonania egzekucji na szczypiącym/klepiącym. Inna część kobiet zdaje się to lubić i nieodmiennie kojarzą mi się one z kelnerkami, służbą, chłopkami.
OdpowiedzUsuńto chyba nie jest zerojedynkowa sprawa, jak ją usiłujesz przedstawić... to nie jest tak, że jakaś połowa kobiet lubi ten gest, a druga połowa nienawidzi, a przy okazji próbuje się dowartościowywać kosztem tej pierwszej... większość kobiet raczej nie jest taka głupia i podchodzi elastycznie do tematu, uzależniając swoje podejście i reakcje od kontekstu, od sytuacji, a przede wszystkim od tego, kto ten gest wykonuje... z kolei większość facetów również traktuje temat szalenie elastycznie, nie rozdają tych klapsów automatycznie w każdą pupę na lewo i prawo, bo nie każda ich zdaniem zasługuje na to wyróżnienie i nie każda sytuacja się do tego nadaje...
Usuńmożna się zgodzić, że jest to pewien fenomen kulturowy, ale nie poddaje się on naukowej analizie na zimno, bo to tak, jakby próbować analizować intelektualnie różne kawały, pranki, slapstickowe gagi lub choćby pierdnięcia, które miewają przecież miejsce w różnych sytuacjach...
Ja jestem ciekawa jakby faceci zareagowali jakby kobiety ich szczypały po tyłkach np. w sklepie , w kolejce ? Albo przywalały po tyłkach ? Trzeba zrobić taki eksperyment...
Usuńbo ja wiem?... jak mnie moja osobista Lady uszczypnie, czy klepnie w tyłek np. w sklepie, to krzywdy mi nie zrobi... chłop i jego zadek to zabawka jego baby, a baba i jej zadek to zabawka jej chłopa, po to się jest w związku, aby się nawzajem sobą i ze sobą bawić... dyskusyjnie się robi dopiero wtedy, gdy obce sobie baba i chłop zabierają się do takiej zabawy, tu już wszystko zależy od holistycznego całokształtu sytuacji... jak baba nie pozwala nigdy własnemu chłopu /i na odwrót/, w żadnej sytuacji, to może w ogóle nie zasługuje na to, żeby mieć chłopa?...
Usuń"większość kobiet raczej nie jest taka głupia i podchodzi elastycznie do tematu". To ja jestem ta głupia, bo się szanuję.
Usuńbardzo ciekawa definicja szanowania się: brak sympatii do własnego zadka wyrażony przez brak zgody na wyrażanie pozytywnej opinii o nim, LOL...
UsuńTo nie jest żadna opinia, tylko zwykły, chamski sposób zwracania na siebie uwagi.
Usuńaha... czyli ludzie praktykują klapsy, aby zwrócić na siebie uwagę?...
Usuńteraz już wiem :)
Tak właśnie myślę. Czemu innemu miałoby to służyć?
UsuńCzy wiesz może, kiedy pojawi się jakiś nowy odcinek Twojej twórczości...? Chyba wena Ci nie zamarzła (mam nadzieję)? Pewnie nie tylko ja czekam.
wygląda na to, że Wena zrobiła sobie ferie...
UsuńA to skubana bestia!
UsuńNo dobra, przede mną też ferie 😀. Ale pisać będę.
W życiu nie odwaliłabym ,,jedzenia sobie z dzióbków'' przy wspólnym stole z rodziną. miejsce takich popisówjest przy stole na imprezie, albo przy swoim prywatnym stole we dwoje.
OdpowiedzUsuńNie rozumiem fenomenu piwa bezalkoholowego. Nie jest smaczne (procentowe piwo też nie jest smaczne). Czy to się różni jakoś od wszystkich innych napojów gazowanych?
może nie próbujmy narzucać własnych, znanych nam kanonów zachowania przy rodzinnym stole innym rodzinnym spotkaniom przy stole, ci ludzie się znają i spotykają już od pewnego czasu, wiedzą co robią, jaki poziom luzu jest dopuszczalny w tym gronie, znają pewne proporcyje i granice... aczkolwiek zachowanie Anity /bo to była jej inicjatywa/ może faktycznie wydawać się dość niecodzienne, jednak cała sytuacja w pełni może je uzasadniać... akurat w tym przypadku jedynymi uprawnionymi arbitrami była pozostała trójka, a oni wydali werdykt pozytywny... więc nie twórzmy problemu z niczego...
Usuń...
piwo na pewno nie zaistniało w tym opowiadaniu, ale że lubię z Tobą gadać, to czemu nie o piwie?... ale na temat, czy piwo jest smaczne, czy nie to raczej nie ma sensu, bo to jest kwestia indywidualnego gustu... na pewno większość pijących piwo robi to dla woltażu, dla tego drobnego efektu narkotycznego, szmerku w głowie, które wywołuje mix alkoholu z lupuliną /99,9% obecnego piwa jest przyprawiane chmielem/, a wielu, którzy twierdzą, że "tylko dla smaku" po prostu kłamie... jest jednak pewna grupa, która nie kłamie, bo na piwo bezalkoholowe jednak istnieje pewien popyt...
ale to nie wszystko... dochodzi aspekt rytualny... gdy przykładowo trzech panów, którym z jakichś powodów nie wolno przyjmować alkoholu i traktują to poważnie, idzie "na piwo", to gdy zamówią np. oranżadę to rytuał nie będzie domknięty, ale piwo bezalkoholowe okazuje się świetnie do tego nadawać i producenci świetnie to wiedzą...
zaś wracając do kwestii samego smaku, to receptory można wytresować /do pewnych granic/, powoli, stopniowo, więc coś, co na początku nie smakowało może po jakimś czasie być odbierane pozytywnie...
A ja się tu tylko wtrącę prostym stwierdzeniem, że choć alkoholu nie piję to bardzo lubię piwo bezalkoholowe :). No po prostu lubię gorzkie napoje. Kawa bez cukru, czy wlasnie piwo. Większość napojów jest dla mnie za słodka
Usuń@R.A.C...
Usuńzawsze tu jesteś mile widziana i Twoje wtrącanie się...
ja z gorzkich napojów lubię toniki, bazowa gorycz pochodzi z chininy i dość ciekawie to smakuje, lubię takie bezalkoholowe napoje, bo zresztą lepiej gaszą pragnienie od takich za bardzo słodkich...
A wiesz, że przypadkiem byłam wczoraj z jedną córką w japońskiej restauracji? Druga wyjechała z rodziną.
OdpowiedzUsuńZajadałyśmy zaproponowany lunch, wymieniając się smakołykami. Serwowali też dużo łososia. Wnucząt nie było, bo one teraz na białych szaleństwach. W moim województwie ferie.
Przy tej okazji zawsze i nieodmiennie przypominam córkom, że ja japońskie smakołyki spożywałam już w młodości z moim Japanese boy friend i nie tylko w znanej wtedy warszawskiej restauracji Szanghaj. Do tej pory mam kilka par lakowych pałeczek.
Fajnie jest być babcią, nie podejrzewałam tego wcześniej, a nawet się nie spodziewałam 🤔
pamiętam warszawski Szanghaj, a najbardziej meduzę, zaserwowaną na przystawkę, ale czy tam była kuchnia japońska?... to była raczej kuchnia ogólnodalekowschodnia, mix targetowany do Europejczyków, którzy pojęcia nie mieli, czy dana potrawa pochodzi z kuchni japońskiej, chińskiej, wietnamskiej, a takie pojęcia, jak kuchnia kantońska, czy syczuańska słyszeli po raz pierwszy w życiu... to była taka cepelia kulinarna, ale wtedy to się świetnie sprzedawało...
Usuńza to w sąsiednim lokalu były flaki "u Flisa", ale to już osobna historia :)
Tak świetna dalekowschodnia cepelia kulinarna 🤣👍 ale nie pamiętam, żeby wtedy serwowali sushi. Zupy pamiętam.
UsuńNawet mam zdjęcie przed tym lokalem, tylko w którym albumie?
Mój starszy brat studiował w Warszawie. Często jeździłam, całe liceum i potem. Mieszkał w słynnych akademikach na Kickiego 12. A moi japońscy inżynierowie przywozili z Niemiec znane nam obecnie zupki chińskie, suszone ryby i mięso. Nauczyli mnie jeść jajecznicę z ryżem i białą kapustę krojoną na paseczki z majonezem. To najbardziej pamiętam. Zawsze miałam też dostawę sake, jako atrakcję. Nie wysłałam tego listu do Japończyka, nie pamiętam teraz w jakich dokumentach go zapisałam. Nic to. Wrócę do tematu.
może dlatego nie było sushi, bo w Polsce i w reszcie Europy sprowadzano głównie odmiany ryżu do gotowania na sypko, takie potrawy preferowano... oczywiście sushi można można zrobić z każdego ryżu, ale ten sypki wymaga większej uwagi przy gotowaniu, aby go nie przypalić... na skalę domową to jest bez znaczenia, ale na skalę knajpianą zaczyna to być już dosyć ważne...
Usuńnajlepsze orientalne jedzenie było na warszawskim byłym Stadionie, centralnie na Błoniach... to bynajmniej nie było jedzenie z pierwszych wietnamskich barów, ale te domowe, które na bazar przywoziły panie w wózeczkach, przyrządzały około 20 porcji i potem sprzedawały... ewentualny deficyt tamtejszych warzyw po mistrzowsku umiały uzupełnić polskimi odpowiednikami i było naprawdę pycha... najbardziej pamiętam bułeczki dao, takie pampuchy na parze z farszem mięsnym, grzybami, fasolką mung i innymi warzywami... coś wspaniałego... któregoś roku jadłem podobne w Paryżu, ale to było kompletnie nie to... tamtejsi Wietnamczycy, dłużej już tam mieszkający dostosowali się do miejscowych gustów i te bułeczki smakowały już inaczej...
sake mi nigdy nie podchodziło... taka ciepła rozcieńczona wódka... nic ciekawego... za to na wspominanych Błoniach był sobie barek Polakom mało znany... tak podawano SAKI /różnica jednej litery/, wietnamski trunek i to był naprawdę mocny, nawet dla Polaka, czysty, dobrze przepędzony alkohol z ryżu... co prawda fraza "dobry alkohol" brzmi kuriozalnie, ale chyba możemy wyczuć, o co w tym określeniu chodzi...
Z jakiegoś dziwnego powodu nie mogę odpowiedzieć na to, co napisałeś i muszę pisać osobny komentarz, hymm. Jak dla mnie, to społeczeństwo powinno mieć jakieś granice tego, co jest dozwolone, a co nie w pewnych sytuacjach i żande ,,bo to grono ma inną definicję, co można a co nie i ma więcej luzu'' nie powinno mieć racji bytu. Bo od takiego ,,my mamy super dużo luzu'' potem powstaje tolerancja na coraz to dziwniejsze zachowania, a potem tolerancja na takie zachowania rozszerza się do robienia tego w sferze publicznej i tak dalej i tak dalej, bo ktoś się za bardzo do luzu przyzwyczaja. Nie wiem, z samego szacunku do osób postronnych i partnera, nie praktykowałabym jedzenia z dzióbków i nie myślałabym dobzre o ludziach, którzy tak robią w innej aranżacji niż na imprezie.
OdpowiedzUsuńCo do piwa, to tak mi się teraz przypomniało, że Borek powinien nie pić na jakieś 3 miesiące przed poczęciem dzieciaka. Teraz jego abstynencja nie jest nikomu do szczęścia potrzebna : )
@Burgundowy Kangur...
Usuńsystem Blogspot od jakichś paru dni zachowuje się patologicznie, pracujemy nad tym, aby przywrócić normalność, zaś na razie przepraszamy za dyskomfort podczas umieszczania komentarzy będący skutkiem owej patologii i proponujemy stosowanie prostej formułki "@Nick", która może zaradzić niedogodności...
...
zgodzę się co do konieczności istnienia pewnego standardu reguł zachowań w sferze publicznej, przykładem może być chociaż kodeks drogowy... jednak rodzinny obiad w prywatnym domu z pewnością nie jest wydarzeniem publicznym, tylko stricte prywatnym i tworzenie obowiązujących nań reguł gry, określanie dopuszczalnych lub obowiązujących tam zachowań jest tylko i wyłącznie sprawą osób w nim uczestniczących...
sytuacja może jednak ulec zmianie, gdyby ów obiad odbył się przy zarezerwowanym stole w lokalu jakiejś określonej klasy... to miejsce już jest nie tak prywatne, jak rodzinny dom, dorzuca ono swoje reguły i nie można wykluczyć, iż nawet czuły wzajemny gest Maliny i Mariolki byłby już ich przekroczeniem...
z całym szacunkiem, ale wydaje mi się, że przywiązałaś się do tego jednego konkretnego łososiowego pocałunku... jednych ma prawo rozczulić, tak jak panie W.M&M, a innych zniesmaczyć, tak jak Ciebie... okay, masz prawo do swojego gustu i ja go szanuję, ale wydaje mi się, że mówimy o czymś szerszym, ogólniejszym...
...
z piwem i Borkiem masz rację, być może znamy te same wyniki badań?... po ostatniej alkosesji, nawet drobnej, takiej w stylu Borka, przez około sześć tygodni aldehyd octowy psuje organizm, przez drugie sześć organizm się regeneruje, więc po trzech miesiącach powinien być w szczytowej formie... ale nie mów, że ta jego /oraz jej/ abstynencja nikomu nie jest potrzebna, rozumiem, że żartowałaś... konstruowanie płodów przyszłych Anitek i Faliborków jrs, to tylko skutek uboczny orania, w tym sporcie stanowczo o coś innego chodzi, tak? :D
Podejrzane ogórki? Pracowałam kiedyś w przetwórni owocowo-warzywnej , do dziś nie jem pikli z ogórków!
OdpowiedzUsuń@Jotka...
Usuńto tak, jak pracownicy Wedla, Wawela lub Goplany, podobno każde już zjadło swoje życiowe przydziały czekolady na kilka wcieleń do przodu :)
Z tym alkoholem ,to też trzeba uważać to cienka linia . Raz na kilka miesięcy to nic złego się czegoś napić ,ale jeśli to jest co tydzień takie napicie się , to już jest to sygnał ,że warto przystopować , Abstynencja Borka nie jest niczym złym pomysl fajny. A babcią to jest najfajniej podobno być , bo można rozpieszczać wnuki a jednocześnie bez odpowiedzialności …;-)
OdpowiedzUsuń@Julianne...
UsuńBorek nigdy nie miał tzw. "problemów z alkoholem", ani chwilowych, ani takich na dłuższy dystans, lecz mimo to w końcu uznał, że każda ilość to za dużo...
za to pani Weronika gdy zostanie już babcią to może być naprawę ciekawie, bo wnuczka urodzi się z mocą...
Też jestem proczojsowa, bo nie mam dzieci, ale jestem babcią. Miałam wybór za pierwszym razem czy chcę nią być (bo mogłam zostać np. ciocią, ale wtedy też relacje rodzinne były inne), za drugim zostałam wrobiona w babciowanie już na etapie fasolki i ten brak wyboru nawet mile mnie połechtał:-)
OdpowiedzUsuńNie lubię alkoholi 0%. Gdy w czasie leczenia miałam zakaz picia alkoholu, na jakąś okazję, chyba wigilię, kupiłam ulubioną hiszpańską cavę w wersji 0%. To było wyrzucenie pieniędzy w błoto, tym bardziej, że była droższa od 'zwykłej' o 100%. Już lepiej było napić się wody albo... pepsi:-)
Jak to ze ścierką na Puszka?! Dla Puszków zawsze najlepsze kąski rybiny;-)
ten Puszek od pani Weroniki, Maliny i Mariolki w domu to niezły gagatek, nie poczeka na te najlepsze kąski, tylko na głowę wskakuje, więc trzeba trochę udawać z ta ścierką, poblefować...
Usuńte alko - zero to bywają różne napoje, mnie się trafiały/ją i bardzo smaczne, i kompletne nieporozumienia... mnie w sumie najbardziej z tego wszystkiego pasuje Podpiwek Kujawski, tylko trzeba sobie samemu zrobić... i kiedyś jeszcze taki ukraiński kwas chlebowy w Krakowie w knajpce przy ulicy Czapskich, arcydzieło, lokuję produkt i wiem, co robię :)
od Pepsi wolę jednak Coca Colę, Pepsi jest za słodka, niezła jest też taka neo Polococta z Dino, ale Hoopy już nie...
To mamy jasność, Ty jesteś team cola, ja pepsi:-) Ale kwas chlebowy to lubię bardzo. Ostatnio popijałam takim fuczki w knajpie w sanockim skansenie. Oj, pyszny był, że hej! Tak bardzo, że kupiłam parę butelek do domu.
UsuńOd jesieni bawię się w produkcję domowych win, bynajmniej niebezalkoholowych:-) Dereniowe udało się z jednym mankamentem, miało być pół, a wyszło słodkie. Za to dereniowo-jabłkowe i wermut z różnych owoców (głóg, dzika róża, tarnina, pigwa i coś tam jeszcze) są- nie chwaląc się- naprawdę wyborne. Jeszcze tylko ryżowe czeka na zlanie:-) Puszek oczywiście nadzoruje każdy etap produkcji, bo to przecież Winiarnia pod Puszkiem:-)
fuczki?...
Usuńsame słowo mi się podoba, fajnie brzmi, a gdy się dowiedziałem, co ono w ogóle znaczy, to koncepcja też mi się podoba...
co do działań winiarskich, to różnie to u mnie bywało z efektami końcowymi, raz upadki, raz wzloty, ale jak kiedyś artystycznie udało mi się spieprzyć wino właśnie ryżowe, to pamiętam do tej pory...
Artystycznie coś spieprzyć to też sztuka, bo można po prostu tylko spieprzyć:-)
UsuńHumor miesza się tu z drobną ironią i obserwacją, a momenty absurdu, jak dyskusje o „proczojsowie” czy konsensusie przy stole, sprawiają, że wszystko jest autentyczne i jednocześnie nieprzewidywalne. Pokazujesz, że nawet przy świątecznym stole wplata się refleksja i codzienna mądrość.
OdpowiedzUsuńwidać, że w tej rodzinie ludzie się ze sobą dobrze czują, a świąteczne okazje nie muszą mieć w sobie zbyt przesadnej powagi, miesza się ona z dystansem i humorem, więc wszyscy mogą na siebie liczyć w trudniejszych momentach......
UsuńDobrze , że są świąteczne chwilę . Dzięki takim chwilom , zastanawiamy się nad życiem czy sensem życia obok szarej codzienności. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńteoretycznie z każdej chwili można zrobić święto... ale z drugiej strony takie codzienne święta w końcu przestają być świąteczne... na szczęście zawsze można wtedy sobie urządzić jakieś święta od świąt...
Usuńpozdrawiam :)
A co ma do tego "proczojs"? Nie widzę związku.
OdpowiedzUsuńma... jeśli ktoś jest proczojs, to w poważnej rozmowie nie użyje pojęcia "dziecko nienarodzone", bo taki oxymoron nie istnieje... tak więc aby zaistniała babcia musi zaistnieć realne wnuczę...
UsuńNo, nie wiem. Jeśli dziecko jest wytęsknione i wyczekiwane, to mniemam, że nawet proczojs nie nazwie go płodem. My sami o naszych nie mówiliśmy inaczej, niż "nasze maleństwo" - a oboje jesteśmy proczojsami. Ale może to ja jakiś niewydarzony jestem...
Usuńwszystko jest okay... przeważnie tak jest, że jeśli ciąża jest chciana, a przynajmniej akceptowana, to sprawcy owej ciąży, a na pewno już jej nosicielka, zakładają, że ta ciąża przebiegnie do swojego naturalnego końca bez zakłóceń i mówią o dziecku, które de facto jeszcze nie istnieje...
Usuńzupełnie inaczej widzi sprawę kobieta, która zaszła w ciążę w wyniku pecha i nie akceptuje jej... i też jest okay...
konflikt zaczyna się dopiero wtedy, gdy zaczyna się konstruować prawo dotyczące ciąż i toczy się jakaś dyskusja na ten temat... logika wymaga wtedy, aby prawo było konstruowane w oparciu o naukowe fakty, a nie o czyjeś myślenie życzeniowe...
co prawda bywają prawa stanowione, regulacje, które się opierają jedynie na mrzonkach jakiejś grupy osób, ale to tym gorzej dla tych regulacji...
Dla mnie to jest złoto, bo ja tu widzę normalną rodzinę w trybie „uroczystość z niczego”, a jednocześnie taką ilość celnych szpilek, że aż chrupie jak skórka z łososia. I ten kontrast: z jednej strony bosman-teściowa, jacht w kuchni i kot pacyfikowany ścierką jako insygnium władzy, z drugiej - rozmowa o Paracelsusie i alkoholu-truciźnie między kęsami ryby, jakby to było absolutnie codzienne.
OdpowiedzUsuńi nikt się nie kłóci... te szpilki mają pieścić, nie ranić...
UsuńTak ogólnie to chyba jestem całkiem normalną babcią.
OdpowiedzUsuńBo nie pogniewałam się na wnuki jak zadzwoniły do mnie z życzeniami dopiero następnego dnia. A prezent to mi dopiero po tygodniu dały. Mają przecież ważniejsze sprawy na głowie niź Dzień Babci :-))
pewnie Dzień Babci był dla nich ważny, tylko w innych dniach: nazajutrz i tydzień później, do tego aż dwa razy :)
UsuńWow, ale energia przy stole! Wyraźnie widać, że pieczony łosoś to tylko pretekst do rodzinnej zabawy, rozmów i… drobnych przepychanek. Fajnie, że wszyscy tak świetnie się uzupełniają – od kuchni po dyskusje o alkoholu i odpowiedzialności. I ten moment, gdy pani Weronika podsumowuje całą sytuację: „Takie jedzenie sobie z dzióbków to musi być prawdziwa miłość” – idealny finał! 🐟
OdpowiedzUsuńi co najważniejsze: nie politykują szukając okazji do draki...
UsuńPotrzebne są takie dyskusje, ale może niekoniecznie przy jedzeniu. A łososia to chyba wszyscy lubią, niezależnie , czy skórka chrupiąca, czy nie.
OdpowiedzUsuńZasyłam serdeczności
to fakt, na dobrego łososia i weganie potrafią się skusić...
Usuńserdeczności :)