11 kwietnia 2026

W SZTOSIE /dokończenie obiecane/

Środa, wczesne popołudnie. Na biurku stoi sobie firmowy laptop. Przy biurku siedzi Anita. Czy jest w sztosie? Trudno powiedzieć. Powiedzmy, że dziwnym. Siedzi tak sobie, patrzy na ekran tego laptopa, na odpowiedź na jakiegoś tam swojego służbowego maila do kogoś tam i tak sobie myśli:
- Ludzie to jacyś porąbani są. Coś się do nich mówi, to oni nie słuchają co się do nich mówi, tylko słyszą to, czego się nie powiedziało. Coś się do nich pisze, to się odnoszą do tego, czego się nie napisało. Za to chcą informacji, które właśnie zostały im przekazane. Centralnie do tego jeszcze.
Anita zawsze miała inklinacje do filozofowania, nie tak, jak Roxy, jej najlepsza psiapsia. Ale od czasu wzięcia doznania poczęcia, przeżywając spodziewanie się, zaczęło ją to nachodzić jakby częściej. Jednak broni się przed tym, choćby więcej praktykując zen, ale niekoniecznie wychodzi jej to tak bardzo za skutecznie. Zakontynuowała więc podjętą myśl przenosząc wzrok na leżące przed nią jagodzianki na barowej tacce:
- Zajrzała w porze lunchu Alina. Pyta się, czy czegoś może nie chcę z bufetu, bo idzie coś zjeść. Bardzo chętnie, bo dupa jakoś mniej chętnie chce mi się ruszyć. A przecież jeść trzeba, zwłaszcza teraz. To ja jej mówię, że proszę dwa pączki. Przyniosła, dobra dziewczyna, tylko czemu blondynka, choć nie blondynka? Albo to są faktycznie pączki, tylko ja już głupieję od tej jebanej ciąży, więc widzę jagodzianki. Za to smufi? Bo miało być jeszcze smufi. Smufi się zgadza. Ale tylko połowicznie. Chyba, że na wskutek zmian klimatycznych jagody ze szpinakiem zaczęły być jak gruszki ze spiruliną. Wielkie światowe osmufienie.
Upiła łyka tego smufi, po czym mruknęła do siebie:
- Nie, spoko, nawet może być.
Zaś dalej już jechała na głos. Paszczą znaczy. Akurat miała ten komfort, że jako szefowa działu logistyki miała swój osobny pokój.
- Bo to jest tak, że powiedzieć, czy napisać komuś paczka, to usłyszy taczka, potem powie, że było kaczka. Paczka, taczka, kaczka, sraczka, wykałaczka. Kurwa jego pokurwiona!
Sięgnęła po telefon:
- Boreczkuuu. Słodziaczku móóój...
- ...
- Nie, to już mam. Ale i tak zejdź tu do mnie na chwilę.
Pracują w tej samej firmie, to tak dla przypomnienia.
- Że co? Nie, aż tak nie chcę. Tylko przytulić.
- ...
- Ale ja tak bardzo, bardzo ładnie proszę.
Standardowe zaklęcie Mali było akurat na propsie w tych kręgach.
Chyba jednak nie zadziałało do końca:
- Coooo????!
- ...
- To pierdolnij w czarnek tą jebaną robotę i zaraz mi tu bądź!!!
Odłożyła aparat i westchnęła sobie, tak romantycznie jakby:
- Kochane Borczysko...
Tymczasem, czy też może raczej odrobinę później na jednej z sal Oktagonu było duszno, porno, strosznie i w ogóle. Zwłaszcza to, że w ogóle. Będąca bowiem wciąż w sztosie Kaśka nie otworzyła okien, tak nie złośliwie bynajmniej, bo Kaśka przecież nie jest złośliwa. Tak generalnie, bo czasem dla niektórych bywa. Tu jednak taka była logika metodyki zajęć. Jednak dalszy, detaliczny opis wypadków wymaga pewnej wiedzy fachowej od czytających, zaś narratorowi po prostu nie chce się tego wszystkiego klarować. Darujemy sobie więc opis rzeźni, która działa się na tej sali. Wspomnimy tylko jeden zabawny epizod.
Otóż niektóre ćwiczenia wykonuje się parami, więc muszą się one jakoś dobrać. Po komendzie, aby to zrobić dwaj panowie od razu doskoczyli do siebie, ale bez podtekstów, tak po prostu przeważnie wtedy jest. Za to Bitka jakby unikała zestawienia się z Bombką, więc było co i nieco zamieszania, jednak czarnobrewa Kaśka zmarszczyła swe brwie i zainterweniowała:
- Nynyny, tak się nie bawimy. Bitka do Bombki, a co do reszty, to zrobimy sobie, jak w tej znanej piosence disco polo.
I zanuciła, nawet podobno ładnie jej to wyszło:
- Chłopak, dziewczyna, najlepsza rodzina... Mam wyjaśniać dalej?
Bęcka wzruszyła tylko ramionami i ruszyła do najbliższego kolegi, ale Bójka była szybsza, bo jak wiemy, to ona go sobie upatrzyła jeszcze zanim zaczął się trening. 
- No! I tak ma być.
Dalej sprawy szły gładko, niczym po lubrykancie firmy ACME marki AssMiracle. Dziewczyny znały na pamięć pewne stałe fragmenty treningu, więc Kaśce wystarczał nieraz tylko gest, czy pojedyncze słowo, aby jakoś to koordynować. Zaś chłopacy też nie byli idiotami, żeby tego szybko nie załapać. Jakby nie było Magda przysłała swoich najlepszych tłuków, nie jakieś tam kurze łajno. Ale to dawało pani trenerce pole, aby luzować ekipę, żeby nikomu na pewno nie było smutno. Bo nudzić, to się na pewno nikomu nie nudziło. Otóż pomiędzy jedną, czy drugą taką zwięzłą instrukcją zaczęła opowiadać seksistowkie dowcipy. Jako, że większość ludzi nie wie, co to jest ten seksizm, podciąga pod ten seksizm różne dziwuśne rzeczy, zaś na wykład nie ma tu miejsca, to niechaj wystarczy informacja, że te były akurat naprawdę seksistowskie. Do tego jeszcze przaśne, czerstwe, burackie, tak krindżowe, że aż Zosia Bombka spojrzała na nią wyraźnie zdziwiona, bo Kaśka nigdy takich kwasów nie plotła. Ale sztos wyjaśnia wszystko. Trzeba jednak przyznać, że było po równo. Znaczy po równo obrywały obie płcie, raz jedna, raz druga.
Rzeźnia rzeźnią, jednak wszystko, co ma się kończyć, jakoś się kiedyś kończy. Bardzo zresztą sympatycznie się skończyło, bo Kaśka posumowała tą całą zabawę życzliwym uśmiechem, oraz swoją standardową formułką, którymś jej wariantem:
- Jesteście debeściarstwo. Fajnie mi było z wami pracować.
Za to już potem w babskiej szatni, gdy Neonówki wykąpane, przebrane szykowały się do wyjścia, pierwsza do drzwi skoczyła Bójka, rzucając podczas tego skoczenia:
- Laski, czekajcie chwilę, ja zaraz przyjdę.
Laski zarechotały obleśnie, zaś Bombka Yakuza dodała:
- Dobra, dobra. Wymieńcie tylko numery telefonów, a ty wiesz, gdzie jest kafejka ta obok. Umawiamy się tak, że idziemy bardzo powoli i zanim posadzimy dupy, to ty już jesteś przy nas.
- Zośka, do kogo ty teraz mówisz?
Spytała Bęcka. Dobrze spytała, bo w drzwiach nie było nikogo.
Za to trudno jest powiedzieć, czy subtelne zabiegi Kaśki przy zestawianiu par na treningu były w ogóle konieczne. Czy Bitka musiała unikać Bombki? W końcu, jak świetnie zresztą pamiętamy uważnie czytając, Yakuza jasno powiedziała Bitce, do tego na poważnie, nie żartując bynamniej - przynajmniej:
- Razem posprzątamy tą twoją kupę...
No tak, ale Kaśki już przy tym nie było.
Za to w czwartek w Pleciudze Kaśka robiła wrażenie, jakby ten sztos jej nieco zelżał, aczkolwiek nie było tego zbyt wyraźnie widać. Była zasłonięta pytaniami na temat jej wyjazdu do wioski Benges, które ją zasypywały psiapsie. Choć może niekoniecznie wszystkie, bo Anita była w swoim przewlekłym sztosie, który tu objawiał się niewielkim zainteresowaniem tą całą historią. W lipcu sama się tam wybiera, to jeszcze się nabędzie. Aczkolwiek dużo to ona się nie napatrzy spędzając czas na tamtejszej porodówce.
Wreszcie harpie dały spokój swojej ofierze, pozwoliły jej pójść poprawić oko, którego zresztą, jak wiemy, nigdy nie malowała. Za to gdy wróciła, nachyliła się na Malą coś jej szepcząc. Ta zaś rzuciła:
- Yoop.
Kaśka usiadła i oznajmiła:
- Dziewczyny, Młoda chce wam coś powiedzieć. No?
Mala otworzyła szeroko oczy.
- Kasiu nie tak się umawiałyśmy.
Reszta wiedźm spojrzała zaintrygowana. Nawet Anita ocknęła się ze swojego praktykowanego ostatnio filozoficznego zamyślenia. Też spojrzała, też zaintrygowana jakby tak. Roxy rzuciła:
- Na razie jakoś mało mówi? Tak?
Malina zakręciła się na krześle:
- Co jest? O co tu chodzi?
Kaśka spojrzała na Malę i oświadczyła:
- Dobrze, ja zacznę, a ty opowiesz resztę.
Upiła łyka nieco już niegorącego pleciugato i zakontynuowała:
- To jest tak, że nasza siostrzyczka dowaliła sobie nowe zajęcie.
Roxy wzruszyła ramionami mówiąc:
- Czemu jakoś mnie to nie dziwi? A co to jest?
- Terapia grupowa.
W tym momencie zaprotestował Mala:
- Jaka znowu terapia? Co ty Kasiu opowiadasz? Rozmawiam sobie tylko z nimi tak, drugi raz się dopiero tak spotkałyśmy. Cała sprawa, a ta robi z tego nie wiadomo co.
Kaśka jednak zdania nie zmieniała:
- Moim zdaniem to jest terapia. Bo nie róbmy z tego słowa tego, czym nie jest. Ludziom odbija i jak się mówi terapia, to od razu myślą, że to jest jakaś tajemnicza operacja, za którą jeszcze przeważnie trzeba zapłacić kawał grosza. Nawet jak na koszt państwa. A ja mam teraz terapię, bo mnie kuciapa ostatnio boli od ruchania, a jak z tobą gadam, to mi tak jakby nieco puszcza.
Anita spojrzała ni to przytomnie, ni to nieprzytomnie.
- Słuchajcie, czy ja do lipca mogę nie słuchać nic o kuciapach? Do tego jeszcze bolących? Mnie już to się ostatnio śni po nocach.
Roxy spojrzała nagle na Malinę.
- Lalka, ty kumasz coś z tego wszystkiego w ogóle?
- Jak ty nie kumasz, to jak ja mam kumać?
- No nie, takiej różnicy między nami chyba nie ma?
- Nie ma? Nie ma? A kto mnie dziś w pracy nazwał idiotką?
Lojalna Malinie do bólu Kaśka spojrzała co najmniej niechętnie na Rudą, niechętnym wzrokiem do tego jeszcze.
- Weź Lalka, to wcale nie tak było.
Zaczęła protestować Roxy, a wtedy Mala wstała.
- To ja sobie pójdę użyć kuciapy, a jak wrócę, to jak się będziecie dalej tak tarmosić, to chuja wam powiem i tyle. Co to w ogóle jest, jedna w sztosie, druga w sztosie, jeden wielki sztos kłopotów.
- Ja nie jestem w  sztosie, ja jestem ofiarą mobbingu.
Zaoponowała Malina, na co z kolei zaoponowała Ruda:
- Jaki znowu mobbing? Zwykła służbowa zjeba. 
Ale tego już Mala nie słuchała. Za to gdy wróciła, jak zwykle radośnie roześmiana całą sobą, przy stoliku było cicho. Więc się rozmościła na krzesełku, po czym zaczęła:
- Sprawa faktycznie kręci się wokół kuciapy. Kuciapy plus, bo nie tylko kuciapą się to robi. Wiecie, jak ze mną było. Było, że miałam niefajnie kiedyś z paroma wujkami mojej ma... Znaczy się tej starej kurwy Pamali. Jak kobieta miewa takie akcje, to ma potem uraz do miziana, tak? Ale potem, jak się do was dołączyłam, jak sobie popatrzyłam, posłuchałam, to mi ten uraz zaczął puszczać. Potem jeszcze Mirek, mój były dokończył tematu i jest dobrze.
- Czyli przeszłaś terapię?
Nie pytana odpowiedziała Roxy:
- Kaśka zamknij się! Mów Maleczko, skowronku ty mój.
- Mogę? Dziękuję. Więc ja, jak się w pracy kręcę po klubie, to dużo gadam z ludźmi. Dużo ich poznałam i w ogóle. I trafiło się parę różnych dupek, które jakoś tak mi zaczęły się wyszczerzać. Takie sprawy też mi niektóre wyszczerzały. To ja sobie tak wtedy pomyślałam, żeby tak zebrać kilka, usiąść, pogadać, tak szczerze, od piczki. Moźe coś fajnego wyjdzie. Tylko nie nazywajcie tego terapią, grupą wsparcia, czy jeszcze mądralniej. Bardzo, bardzo ładnie was proszę. Po prostu rozmawiamy sobie, to wszystko.
Pozostałe wiedźmy rozejrzały się po sobie, po sytuacji, popatrzyły sobie na Malę. Wreszcie odezwała się Malina.
- To super. Mega. Mnie się to podoba. Rób to.
Kaśka wtrąciła:
- Toż to ja jej wczoraj to samo powiedziałam.
Anita i Roxy pokiwały głowami. Potem Ruda skwitowała:
- Tak, rób to. Ja tu nie mam nic do dodania.
Zaś Nita spytała:
- To która dziś płaci rachunek?
- Pytka.
- Dlaczego?
- Dlatego. Bez bo i bez że.
KONIEC DOKOŃCZENIA, KONIEC TEJ HISTORYJKI

27 komentarzy:

  1. Najbardziej mnie kupiło to, jak te wszystkie „sztosy” i codzienne absurdalne sytuacje zaczynają tworzyć coś w rodzaju własnego języka tej ekipy. Na początku człowiek się gubi, a potem łapie rytm i już nawet nie próbuje tego porządkować — tylko płynie z tym dalej.

    I szczerze? Ta końcówka, gdzie mimo całej burzy wychodzi z tego coś w rodzaju wsparcia i normalności, daje fajny kontrast. Trochę jakby pod całą tą jazdą kryło się coś bardzo ludzkiego i znajomego 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to uniwersum tak zostało skonstruowane, że mimo elementów fantastycznych, prawie niewidocznych zresztą, ma niewiele się różnić od realu, więc dlatego jest wciąż ludzkie i znajome...

      Usuń
  2. W sumie, taka terapia to pierwszorzędna rzecz. Dziewczyna, która sama przez to przeszła, do tego potrafi słuchać - to skarb!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. neofici, czyli tacy, którzy mieli swoje doświadczenia i poradzili sobie ze sobą są w cenie na rynku terapii rożnych dysfunkcji, aczkolwiek nie każdy się musi do tego nadawać innymi predyspozycjami, albo po prostu nie chce mieć już tym światkiem nic wspólnego... akurat Mala jest tak komunikatywna, że faktycznie może komuś świetnie pomóc...

      Usuń
  3. Ciąg dalszy... Wszystko tu chodzi lekko bokiem, a jednak dziwnie trzyma fason, jak pijany akrobata, który cudem nie spada z liny. Autor z uporem godnym maniaka ciśnie tę swoją rozchwianą, rubaszną dykcję tak daleko, aż przestaje być samym wygłupem, a zaczyna tworzyć osobny, konsekwentnie odjechany świat z Anitą, Kaśką, Malą i całą resztą tego uroczego sabatu językowego. Jest w tym coś jednocześnie ordynarnego i literacko świadomego: niby wszystko się tu turla po rynsztoku skojarzeń, ale rytm, dialog i wyczucie groteski są prowadzone pewną ręką; to dalszy ciąg kontrolowanego obyczajowego odlotu, który albo czytelnika odrzuci po trzech akapitach, albo kupi go całkowicie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale tak właśnie jest, więc to nie jest poczytny serial, co mnie zresztą wcale nie martwi, zaś cieszą ci kumaci, którzy czują, o co tu chodzi...
      jak to się nieraz mawia, Czarownice się kocha, albo nienawidzi, wariantów pośrednich raczej nie ma...

      Usuń
  4. Taki jest teraz trend, że wszystko musi być nazwane, wszyscy zdiagnozowani, a rozmowy podnoszące na duchu, to od razu terapia...
    Blogi bywają autoterapią, kilka koleżanek na kawie, to grupa wsparcia, czasami mi nieswojo, że nie jestem zdiagnozowana...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. można się pokusić o stwierdzenie, że terapia do homonim, dwuznaczne słowo, jego sens zależy od kontekstu... to tak z wychowaniem, może być to instytucjonalne, formalne, a może też nim być każde doświadczenie, które nas spotka...

      Usuń
  5. Zdiagnozowano to jakieś nowe określenie przynajmniej dla mnie. Przecież człowiek nie jest Konstans czyli taki sam zawsze. Ma humory , lepsze i gorsze dni itd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. słowo "sztos" ma mnóstwo rozmaitych znaczeń, ale generalnie "być w sztosie" oznacza stan dość szczególny, wykraczający poza spektrum naszych codziennych amplitud...
      zakładam, że dobrze odczytałem komentarz...

      Usuń
    2. Tak wszystko ok. Javtez w końcu zrozumiałam określenie „ być w sztoszie” , ( być w szoku , być oczarowana itd).

      Usuń
    3. to jest bardzo bogate słowo w znaczenia... na przykład "być na fali" w stosunku do gracza, który wygrywa np. gema za gemem w tenisie... albo "być w szczególnym /gniewnym lub wesołym/ nastroju"... długo by o tym...

      Usuń
  6. Ech, sympatyzuję z Anitą (i to nie tylko dzisiaj, bo ta jakaś jest najbardziej ogarnięta i najbliższa mojemu charakterowi), bo ludzie w mailach naprawdę piszą lub pytają o takie głupoty, że bardzo często kwestionuję ich intelekt...
    Na judo zawsze mieliśmy już ustalone pary (byłam jedyną babką). Pewnego razu trener chciał wszystkim dogodzić i zamienił mnie z jednym gościem, bo tamta druga para to był facet nie znający umiaru i jego dość kruchy kolega. Dostałam kruchego kolegę i przyzwyczajona do tego, że do tej pory trenowałąm z facetem cały semestr, uszkodziłam kruchego kolegę. Od następnych zajęć wróciliśmy do standardowych par i już trener nic nie próbował mieszać.
    Hym, czyli to takie gadające kółko wsparcia, żeby babki pogadały z babkami, jak ma wyglądać życie, albo może tematem jest tylko seks. Przyznam szczerze, że to jest potrzebne, bo jako osoba, która nei ma sióstr i miała mało koleżanek, z którymi nie poruszałam tych tematów, to nawet nie wiedziałam, jak te sprawy wyglądają u innych. A jednak możliwosć porównania i odniesienia się do doświadczeń innych babek (z Internetu, z komentarzy, aż w końcu z życia codziennego) pozwoliły mi uregulować swoje opinie i tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wystarczy poobserwować rozmowy na forach blogowych, komentarze pod postami, żeby pojąć Anitę... mnie natchnęła do zrobienia tego fragmentu jedna niedawna konkretna akcja, ale jaka, to już pozostawię dla siebie...
      ...
      te pary były sklecone okazjonalnie, bo panowie byli chwilowymi gośćmi, poza tym Kaśka ma swoją politykę przy sklecaniu par, wszystko zależy też od rodzaju ćwiczenia... np. do sparringów najlepsze są ciągłe zmiany, żeby nie wpadać w rutynę... ale do niektórych ćwiczeń z kolei lepsze są trwalsze pary, bo już trochę się znają, swoje możliwości i ograniczenia... te same powody są argumentami raz za, raz przeciw...
      ...
      no cóż, Malę wyleczyły nie tyle rozmowy, bo o TYCH sprawach nie chciała raczej gadać, tylko same obserwacje, przebywanie wśród sióstr - wiedźm, jak one do tego tematu podchodzą, no i rozmowy w ogóle.... związek z Mirkiem był tylko rodzajem egzaminu maturalnego plus praktyka wstępna. ale bez tych babskich pogaduch wcześniejszych guzik by im /tej parze/ z tego wyszło... czasem się zdarza, że facet wchodzi w relację z laską po gwałcie lub takich małolackich traumach, też przecież gwałtach i sam nic nie wskóra, nie wyleczy takiej, choćby nie wiem co... prawda jest taka, że nie można być partnerem, czy też partnerką i terapem/ką jednocześnie, to dotyczy mnóstwa innych dysfunkcji zresztą... to mit, że miłość wszystko wyleczy, można sobie ją w dupę wsadzić w takich przypadkach...

      Usuń
    2. Zgadzam się, że partner to nie terapeuta. Nie powinien nawet do tego dążyć, bo nie taka jest jego rola.
      Tak, miłość nie wyleczy wszystkiego. Tak samo nie lubię stwierdzenia, że ,,trzeba się dotrzeć'', bo to brzmi jakby trzeba było się nagiąć do tej drugiej osoby = jak nie pasuje, to trzeba zmieniać coś w sobie, albo w nim, albo wiecznie iść na kompromisy. A bardziej kompatybilna osoba pewnie jest za rogiem.
      Ale w sumei tak sobie myślę, że istnieją osoby (i uważam, że Mala jest jedną z nich), które nie ważne jaką traumę by przeszły w danej dziedzinie, to ich wewnętrzny charakter i tak jakoś odratuje tę dziedzinę. I są osoby, które mogły doświadczyć tylko lekkiej niedogodności w danej dziedzinie i już sie nigdy nie podniosą. Więc myślę, że Mali wcale tak wiele nie trzeba było, żeby naprawić sfterfę oraniową, bo ona ,,naturalnie'' dąży do tego, by mieć w miarę normalną tę strefę.

      Usuń
    3. to ma sens... really...

      Usuń
  7. Początek opowiadania przypomina mi to, co wpajano nam na zajęciach przygotowujących do pełnienia funkcji mediatora: "Ludzie nie słuchają, co się do nich mówi, a jeśli nawet słuchają, to nie słyszą, a jeśli nawet słyszą, to nie rozumieją". To tak a propos myśli Anity.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo ludzie nie czują, nie sensują, tylko myślą /w sensie mocno za dużo myślą/, więc widzą i słyszą głównie swoje myśli, a na otoczenie są ślepi i głusi...
      spytaj koleżankę o film, na którym ostatnio była... to Ci zacznie opowiadać dyrdymały o swojej pracy i co w domu, a najlepiej co kupiła ostatnio, w końcu coś opowie o tym filmie, jak ją przyciśniesz, żeby gadała na temat, a gdy sama pójdziesz na ten film, to się mocno zdziwisz, że chyba pomyliłaś filmy...

      Usuń
    2. O, to możliwe. Zrobię jutro ten eksperyment na pewnej blondi.

      Usuń
    3. opowiesz, jak było?...

      Usuń
    4. Opowiem, tylko blondi nie spotkałam w pracy.

      Usuń
  8. Tak sobie myślę, że takie wyszczerzanie na wspólny i bolący temat to dobry trop. Nie wiem, czy sama odważyłabym się wziąć udział w wyszczerzaniu grupowym, ale ogólnie wyszczerzanie to dobra rzecz. Tylko trzeba wiedzieć, przed kim można to robić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zapewne Mala swoją bezpośredniością i życzliwym nastawieniem może być niezłą osobą, przed którą warto się wyszczerzyć... a mając podobne doświadczenia czuje, co w tych jej rozmówczyniach może siedzieć...

      Usuń
  9. W ciąży Anita staje się za bardzo filozofką ciekawa jaka będzie jej córeczka jako mała czarownica . Masz już jakiś pomysl na ta nową postać ? Mala się bierze za psychologie ? To jest bardzo dobry pomysł , bo zarządzanie można połączyć z psychologią a nawet magią i leczeniem traum. A także pomoc psychologiczna dla takich osób jak puszysta Pani Malwina , która walczy z chęcią jedzenia batoników tu masz spore pole do popisu. A Ruda lepiej niech uważa na słowa do Maliny bo uruchomi Kaśke jako Maczete...;-)
    Piosenka ostatnia mi się najbardziej podoba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. do lipca jeszcze jest czas na pomysły co to będzie, gdy Anita zostanie mamuśką i Borek tatuśkiem... miejmy nadzieje, że Borek nie pójdzie wtedy w odstawkę, jak to u wielu par bywa w takiej sytuacji...
      przecież Mala się zastrzega, że to, co robi nie ma nic wspólnego z oficjalną psychologią i uprawia z tymi paniami tylko luźne pogaduchy... ale czasem takie pogaduchy potrafią więcej pomóc, niż formalne sesje terapeutyczne...
      w przypadku pani Malwiny główną rolę gra dietetyczka, ćwiczenia aplikowane przez Kaśkę to tylko uzupełnienie całego procesu...
      Ruda faktycznie jest dość ostra w pracy w stosunku do podwładnych, ale z drugiej strony to wszystko dzieje się pół żartem, pół serio, więc tak naprawdę, to Kaśka tak ochoczo po maczetę nie sięgnie... ale gdyby szefem Maliny był jakiś obcy człowiek, to Kaśka mogłaby stracić nieco poczucia humoru...
      tak, też bardzo lubię tą balladkę na końcu...

      Usuń
  10. Jakby ludzie tak chętnie na luzie ze sobą rozmawiali i przede wszystkim własnie się słuchali to terapie byłyby znacznie rzadziej potrzebne. Czasem brakuje spoko babek z którymi można pogadać o "kuciapie" i nie tylko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jednym z moich ulubionych, topowych sentencji, mott życiowych jest hasło wyborcze Billa Clintona, które po trawestacji brzmi: "Komunikacja głupcze!" :)

      Usuń